RSS
niedziela, 28 sierpnia 2011

czyli gorzka lekcja ESK

w Gazecie...

22:32, kovalesku
Link Dodaj komentarz »
sobota, 27 sierpnia 2011
 

Pub pod Pstrągiem w parku Skaryszewskim, nad Jeziorkiem Kamionkowskim - z rowerami wodnymi, kajakami i pysznym pstrągiem - to jedno z moich ulubionych wakacyjnych miejsc w Warszawie. Ale teraz to się może zmienić, za sprawą kafejki MOLØ, którą odkryłam dziś w sąsiedztwie. Tu też mamy widok na jeziorko, a o ileż jest czyściej, jaśniej i przyjemniej!
Właścicielem MOLØ jest Adam Baczyński, który wydzierżawił sąsiedni szalet, chce go rozbudować i stworzyć w nim całoroczną kawiarnię (to chyba jakaś lokalna moda - Misianka w parku też powstała w dawnym szalecie). Nie ma jeszcze wszystkich pozwoleń, a nie chciał czekać, wydzierżawił więc kawałek sąsiedniej trawy i postawił to cudo. Bielusieńkie, ładnie zaprojektowane, bez nachalnego obrandowania, nawet kosze na śmieci są osłonięte jutowymi workami. Można tu zjeść lody, domowe ciasta, naleśniki i napić się naprawdę dobrej kawy (hasło promocyjne lokalu: MORZE KAWY?). Są też leżaki i mały placyk zabaw. Letnia kafejka będzie tu działała do końca października (czynna jest w godz. 9-21), a znajdziecie ją idąc do Skaryszaka od strony ul. Grochowskiej (na wysokości Międzynarodowej).

Dla mnie, która wychowała się w sąsiedztwie, biegała po parku jako 2-letni brzdąc i chce tu w przyszłości osiąść na stałe, każda taka inicjatywa na Saskiej Kępie i Kamionku jest doskonałą wiadomością. Z przyjemnością zajadałam się więc dziś lodami na molo. Słabo?

 
 
 
A to już w drodze do Pstrąga
I w samym Pstrągu
15:54, kovalesku
Link Komentarze (1) »
czwartek, 25 sierpnia 2011

Spotkałam się dziś w UFO z Bogną Świątkowską, szefową Fundacji Bęc Zmiana, byłą przewodniczącą Rady Programowej ESK. Rozmowa toczyła się w schyłkowej atmosferze odlatującego już niestety w tę niedzielę statku kosmicznego.

 

10 sierpnia spotkaliście się z Hanną Gronkiewicz-Waltz, żeby podsumować nasze starania w konkursie ESK. Czy to były tylko uśmiechy i uściski rąk, czy poważna dyskusja?
BOGNA ŚWIĄTKOWSKA: - Po przemówieniach przez pół godziny rozmawialiśmy z panią prezydent. Wręczyliśmy jej pismo, w którym my, jako Rada Programowa ESK, domagamy się ewaluacji, przedstawienia rozliczeń finansowych, przystąpienia Warszawy do Monitora Kultury, założonego przez Obywateli Kultury. Wiesz, że Warszawa jako jedyne miasto, z tych które startowały w konkursie ESK, do niego nie przystąpiła? Pani prezydent zareagowała dość nerwowo. Powiedziała rzecz kategoryczną i zastanawiającą, że Warszawa nic nie musi. Na propozycję ewaluacji naszych starań w konkursie ESK też zareagowała negatywnie.

Ta nerwowość wynika zapewne z sytuacji finansowej miasta, bo wszyscy uważają, że my chcemy wyciągnąć od nich jakieś pieniądze. Tłumaczyliśmy, że świetnie sobie zdajemy sprawę z kryzysu, że nie żądamy nie wiadomo jakich wydatków na kulturę. My żądamy jej reformy. Również finansowej. I to do pani prezydent powinno przemawiać, że chcemy efektywniej wydawać te pieniądze, urealnić kulturę finansowo.

Moim zdaniem po ESK nastąpiła u nas niestety zapaść.

Masz jakąś teorię na ten temat – dlaczego tak się stało? Teraz możesz już na to spojrzeć z dystansu.
- Za 10 lat się spotkamy, to ci wszystko opowiem. A na razie wciąż uważam, że Warszawa nie powinna sobie strzelać w kolano i opowiadać tych wszystkich rzeczy głośno.

No dobrze, ale dziś wytłumacz mi chociaż, dlaczego poszłaś na współpracę.
- Z tego samego powodu, co pewnie ci ludzie zaangażowani w starania o tytuł ESK w Gdańsku, Katowicach, Lublinie, Łodzi…

Ale wiedziałaś, że robi to pani Ewa Czeszejko-Sochacka – ewidentnie zły urzędnik. A może tylko ja jestem tego zdania?
- Napisaliśmy rodzaj podsumowania tego, co obserwowaliśmy w trakcie naszej pracy. Że mamy takie poczucie, że potencjał ludzi, także tej rady, nie został w pełni wykorzystany.

Dlaczego? Czy to była wina pani Ewy?
- Nie wydaje mi się, raczej techniki pracy. Na przykład informowanie Rady o podjętych decyzjach na dwa dni przed wydarzeniami, albo wręcz po fakcie. Wtedy nasza opinia, nasz wysiłek umysłowy, nie ma żadnego znaczenia. Bo decyzja już w zasadzie zapadła, podjął ją ktoś inny. Były jakieś tajemnicze przesunięcia w budżecie ESK, nagle, bo prezydent Paszyński potrzebował pieniędzy na nagrody literackie. Odpowiedzialność za podejmowane decyzje była rozmyta. Na przykład ktoś wymyślił te palmy z kokosami na okoliczność składania aplikacji Warszawy w Ministerstwie Kultury, ktoś w jakimś miejscu tej struktury. Ale kto, ale jak? Uwierz mi, byliśmy wstrząśnięci.

To pokazało, jak jesteście bezradni. Czy to nie przeważyło u Ciebie szali goryczy?
- Udało nam się uciąć pewne punkty tego programu, wyeliminować największe absurdy.

No tak, ale Grzegorz Piątek i tak musiał tam stanąć z tymi kokosami.
- Zrozum, jak już podejmiesz decyzję, że wchodzisz do Rady, to wycofywanie się w trakcie jest niepoważne, bo przecież wiedzieliśmy, że łatwo nie będzie. A po drugie to działałoby na niekorzyść naszego miasta. Nie szukam wymówek. Próbowaliśmy nawet rozwiązań siłowych, ale szybko przekonaliśmy się, że w tej strukturze to tak nie działa. Bo Urząd Miasta miał jasno określony cel. I realizował go tak, jak umiał. To jest to nasze nieszczęście, że to było robione tak, jak się umiało.

Ale przecież umiemy lepiej!
- Wiem, że umiemy lepiej, ale nie w warunkach przymusu biurokratycznego, tylko gdy to jest efektem naszej wspólnej umowy. Spotykamy się, mówimy: zależy nam na tytule i robimy to, to i to. Będziemy próbować dochodzić do kompromisu, bo wiemy, że mamy wspólny cel. A naszym celem jest stworzenie takiej sytuacji w Warszawie, że kultura nie będzie mogła być pominięta. Wszyscy o niej mówili, mieli na ustach Program Rozwoju Kultury i trzeba to było wykorzystać.

PRK postuluje też wysoką jakość standardów, żeby działania były jawne, przejrzyste. Czytałam wasz blog Sprawa Warszawa – ile tam było zapytań, wątpliwości, pism skierowanych do pani pełnomocnik. Czy na jakiekolwiek z nich otrzymaliście odpowiedź?
- Nie na wszystkie.

A jak były określone kompetencje Rady?
- Wszystko było zapisane w regulaminie: że odpowiada za przygotowanie programu, służy radą. Rozumieliśmy to szeroko, że nasza praktyczna wiedza może być wykorzystana na każdym etapie tworzenia tego projektu.

Podam błahy przykład. Kiedy otwierany był Warsztat, zauważyliśmy od razu, że bardzo ciężko się po tej strukturze z płyt wiórowych chodzi. Że osoby niepełnosprawne, starsze i dzieci będą tam miały problemy z poruszaniem. Osobiście poprosiłam Tomka Rygalika, żeby zrobił podjazdy, stopnie. Wiesz co mi odpowiedział? – Tego nie było w brifie.
Jak się postępuje w ten sposób, to jak ma się udać.

No właśnie - nie rozumiem, dlaczego wtedy ostrzej nie reagowałaś. Dlaczego nie wzięliście Warsztatu w swoje ręce?
- Ale z drugiej strony, dlaczego przekłamywać faktyczne możliwości tego miasta? Jest jakaś granica, za którą już się nie możesz czuć odpowiedzialna za pewne niemożności. Za złą organizację przygotowań takiego dużego międzynarodowego projektu kulturalnego, który nie jest działaniem grupy towarzyskiej, tylko pewnych struktur. Miasto tego nie potrafi i nie nauczy się, jeśli nie wyciągniemy z tej lekcji żadnych wniosków, jeśli nie zrobimy ewaluacji.
My, w sensie ludzie ze środowisk zajmujących się kulturą, pracujemy inaczej, szybciej, jakość projektu jest dla nas najważniejsza.

To co? To była tylko taka bańka mydlana, wydmuszka, która służyła konkretnemu celowi – wygranej? Znamy triki, jak to osiągnąć, nie zawracajmy sobie głowy jakością projektów?
- My staraliśmy się pilnować, żeby program był jak najlepszy. Żeby największe absurdy nie doszły do skutku. To była niezwykle ciekawa lekcja - obserwowanie od środka dlaczego to się wszystko nie udaje. My chcemy się tego dowiedzieć, dlatego prosimy o ewaluację. Bo możemy to ocenić sami, na podstawie naszych doświadczeń czy emocji, ale tak naprawdę potrzebna jest ocena z zewnątrz.

Może biuro ESK nie powinno było działać w ramach tej ociężałej machiny urzędniczej?
- Dokładnie, zwrócił na to uwagę jeden z ekspertów z komisji oceniającej. Że umieszczenie go w strukturach miasta jest błędem, bo to oznacza niewydolność, spowolnienie procesów twórczych związane z biurokracją. Że gdyby ten zespół ESK był zespołem entuzjastów, którzy muszą przekonywać urzędników do swoich racji, to byłoby inaczej. Pytanie: dlaczego Warszawa się na to zdecydowała?

Czy z tej perspektywy czegoś żałujesz? Coś byś zrobiła inaczej, jako szefowa Rady?
- Nie wiem, czy mogłabym się jeszcze bardziej buldoczyć. Bo uwierz mi, bywało gorąco. Mogliśmy na przykład pyskować, mogliśmy pisać do ciebie maile, pytanie tylko: jaki to miałoby wtedy sens?

Nauczyłam się na pewno, że nigdzie dalej bez tej ewaluacji nie pójdziemy. Nie przeprowadzimy koniecznej reformy. Nie skonstruujemy dobrego budżetu, bez określenia priorytetów. Dlatego Rada jest do dyspozycji firmy czy ciała, które podejmie się ewaluacji.

Nasz start o tytuł ESK musi mieć ciąg dalszy. Żeby kultura wciąż była na liście priorytetów miasta. Fajnie by było, żeby choć jedna osoba powtórzyła to teraz głośno. Gdzie jest reforma biura kultury? Dyrektor Kraszewski powinien nam coś zaproponować. Biuro samo z siebie powinno zrobić na własny użytek coś w rodzaju raportu, podsumowania ESK. My, realizując projekty z dotacji, na koniec zawsze przedstawiamy raport. I ten raport podobno Ewa Czeszejko-Sochacka przygotowuje. Mam nadzieję, że go zobaczymy. A dyrektor Kraszewski niestety przyjął taką strategię, że milczy.
Ludzie, którzy ciężko pracowali, pro publico bono, pisząc PRK, dali urzędnikom w zasadzie gotowca. Bardzo mi zależy na tym, żeby to się udało, żeby o kulturze nie mówić tylko w kontekście kasy, ale ukształtować wreszcie politykę kulturalną naszego miasta.

 

GRZEGORZ LEWANDOWSKI z klubokawiarni Chłodna 25, współautor PRK, szef Komisji Dialogu Społecznego ds. Kultury, komentuje: - Tak sobie myślę, że najgorsze są zawiedzione nadzieje. Kilka lat temu sporo osób uwierzyło, że HGW będzie prawdziwym nowoczesnym prezydentem, gospodynią warszawską, w dobrym tego słowa znaczeniu. Uwierzyliśmy w profesjonalizację, uwierzyliśmy w „BUDOWANIE POLSKI.
Po ESK niewiele osób wierzy w chęć wprowadzania reform. Smutne jest też to, że Warszawa nie potrafiła wykorzystać nieprawdopodobnych w skali kraju - profesjonalizmu i pasji w budowaniu nowoczesnego miasta, które wypełniają głowy niezliczonej ilości aktywistów. Oni, wbrew opiniom wielu, nie działają z myślą o własnym zysku, sukcesie. Działają, bo chcą normalnego, nowoczesnego miasta, o którym z dumą będą mówić na całym świecie. Urzędnicy pokroju Ewy Czeszejko-Sochackiej ustawiali tych ludzi pod ścianą, zarzucając im bezsensowną, niemerytoryczna krytykę i niskie pobudki działania. SZKODA. Po prostu szkoda.
Smutniej robi się jeszcze bardziej, gdy zdamy sobie sprawę z tego, że ci, którym na mieście zależy, poturbowani ale jednak zostaną i pewnie liżąc rany beda dalej robić swoje, a niekompetentni urzędnicy czy skupieni na własnej karierze politycy odejdą w glorii chwały i na innych odcinkach będą siać zamęt. 

17:54, kovalesku
Link Komentarze (3) »
sobota, 20 sierpnia 2011
 
 

Pamiętacie taką inicjatywę Skwer Sportów Miejskich STADION SIEDMIOLECIA? Ostatnio trochę o niej było cicho, ale teraz wraca ze zdwojoną siłą. Strasznie się z tego cieszę, bo to jeden z moich ulubionych miejskich projektów, któremu kibicuję od samego początku. To oddolna inicjatywa młodych warszawskich aktywistów (m.in. ze stowarzyszeń Polska Młodych i Forum Rozwoju Warszawy), architektów (z pracowni: MOKO Architects, WWA Architekci, KAPS Architekci, BUDCUT, Centrala) i amatorów sportów miejskich, którzy z myślą o placu po zburzonych pawilonach przy ul. Zielnej wspólnie zaprojektowali Skwer Sportów Miejskich - miejsce aktywnego spędzania wolnego czasu, łączące pokolenia (więcej przeczytacie tutaj...). Dzielnica Śródmieście jest pomysłowi bardzo przychylna, ale nie ma póki co pieniędzy na jego realizację. Proces projektowania i wycenę inwestycji wsparło na szczęście finansowo Muzeum Sztuki Nowoczesnej w ramach festiwalu Warszawa w Budowie, więc prace cały czas trwają. Poszukiwani są też sponsorzy. - Bardzo nam na tym zależy, żeby zrealizować ten projekt w Śródmieściu - zapewnia pomysłodawca Skweru Grzegorz Gądek ze stowarzyszenia Polska Młodych.

Ale teraz całą swoją uwagę inicjatorzy Skweru skupiają na Bemowie. Zgłosił się do nich bowiem młody, prężny wiceburmistrz dzielnicy Krzysztof Zygrzak, który zachwycił się tym pomysłem i zaprosił ich do współpracy. Bemowo nie kojarzy się warszawiakom najlepiej i władze dzielnicy chcą to zmienić. Chcą też stworzyć mieszkańcom centrum z prawdziwego zdarzenia - dobrze zaprojektowaną przestrzeń, w której będą mogli odpocząć, poćwiczyć, ukulturalnić się, spędzać razem czas. Wspólnie z inicjatorami Skweru wybrali zaciszny, porośnięty drzewami teren, pomiędzy akademikiem a bajkowym osiedlem Przyjaźń (między Górczewską i Konarskiego). - Jesteśmy zachwyceni tym miejscem i projektujemy tak, żeby nie wyciąć tu ani jednego drzewa - mówi Grzegorz Gądek. 

Spotkałam się dzisiaj z nim i Moniką Morawiak z pracowni KAPS Architekci w Muzeum Sztuki Nowoczesnej. Przez ostatni tydzień podczas warsztatów wszystkie architektoniczne zespoły wypracowywały tu wspólnie ostateczny kształt Skweru Sportów Miejskich na Bemowie. Wyszło świetnie (wstępna makieta powyżej). Jest tu wszystko to, co wcześniej zaplanowali na Stadionie Siedmiolecia, nawet więcej, a na pewno na większej przestrzeni. Jest skate park, boisko do bike polo, siatkówki plażowej, plac zabaw dla dzieci, stoliki do gry w szachy i karty dla seniorów, miejsce do tańca, do aerobiku, dla b-boyów, siłownia pod chmurką, ścianka wspinaczkowa, kino plenerowe, kawiarnia. O to prosili mieszkańcy w ankietach. Wszystkie te aktywności spina drewniany pomost uniesiony nad ziemią, którym będzie można spacerować i obserwować z góry wyczyny sportowców, i który w czasie deszczu da też użytkownikom schronienie. Skwer ma kosztować 1,5 mln. zł i jeśli wszystko pójdzie dobrze będzie gotowy na przyszłe wakacje. To się dzieje naprawdę!

I jest to zupełnie pionierski w naszym mieście projekt, jeśli chodzi o współpracę architektów, urzędników i mieszkańców. Pchany niezwykle szybko do przodu dzięki zapałowi jego kreatywnych pomysłodawców. - To jest jednak fenomen, że jeden burmistrz już po tygodniu zaprosił nas do siebie na naradę, a drugi skontaktował się z nami na Facebooku - śmieje się Grzegorz Gądek. Szeroko prowadzone są konsultacje z mieszkańcami (ankiety, spotkania, wspólne warsztaty). Architekci wyżywają się projektując ciekawą przestrzeń publiczną, której poszczególne elementy - takie jak oryginalny plac zabaw - mogą zaprocentować również w innych dzielnicach.

Bemowo trzeba w tym miejscu bardzo pochwalić. Ale cóż się dziwić - jest to w końcu dzielnica, która zamiast organizować po raz kolejny jarmarczne lokalne święto z koncertem Dody, wolała zainwestować w remont placów zabaw dla dzieci. Skwer Sportów Miejskich to dla nich promocyjny strzał w dziesiątkę. Bemowo będzie pierwsze miało takie cacko - na pewno w Warszawie, a może nawet w Polsce. Przejechałam się tam dziś jeszcze po spotkaniu w MSN-ie, żeby zobaczyć tę działkę (na zdjęciach powyżej i poniżej) i ucieszyłam się, że sąsiaduje bezpośrednio z osiedlem Przyjaźń - tym wiejskim fenomenem w środku miasta. Domki postawione w latach 50. dla radzieckich budowniczych Pałacu Kultury są dziś malowniczą enklawą - część z nich zaadaptowano na akademiki, w części ludzie mieszkają albo urządzają sobie dacze. Na pewno taka atrakcja, w połączeniu ze skwerem widowiskowych sportów miejskich, przyciągnie tu warszawiaków i turystów, również z zagranicy.

 
 
 
 
 
 
 
 
20:29, kovalesku
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 18 sierpnia 2011
 

Dziś o godz. 18.30 w barze mlecznym Sady (Krasińskiego 36), przy budyniu i kompociku, promocja długo oczekiwanej książki Jarosława Trybusia PRZEWODNIK PO WARSZAWSKICH BLOKOWISKACH (projekt graficzny: Magda Piwowar). Od razu można pozwiedzać osiedle Sady Żoliborskie.

Książkę można kupić w sklepie Muzeum Powstania Warszawskiego, również online. Cena: 30 zł.

Moja rozmowa z autorem w przyszły piątek w GAZECIE.

13:48, kovalesku
Link Komentarze (1) »
środa, 17 sierpnia 2011

Czasem warto być pieniaczem. Kuń jednak nie pojedzie. „Burmistrz Urszula Kierzkowska nie jest entuzjastką męczenia zwierzęcia, zaprzęgniętego do zabytkowego pojazdu, a jest jeszcze kwestia kosztów”.
Panią Rzecznik trochę poniosło:

Gorąco o Chłodnej

Po artykule zatytułowanym „Lodowaty odbiór Chłodnej” nasuwa mi się pytanie: ale o co chodzi? Na Chłodnej, zdaniem autorki tekstu, podziwiać można Wolę w pigułce, ale przede wszystkim bruk i tory. No i właśnie to chcemy zachować, bruk i tory to ważne elementy rewitalizacji – XVIII-wieczna kostka brukowa, odzyskiwana i układana ponownie tradycyjną metodą i stare, historyczne tory, przełożone zgodnie z wytycznymi konserwatora zabytków. Nikt nie wymienia starych torów na nowe, a tym bardziej bruku, czy zabytkowych, granitowych wjazdów do stojących tu przed wojną kamienic.

Pomysł architektów na rewitalizację Chłodnej opierał się na poszukiwaniu i uwypukleniu śladów świadczących o niegdysiejszej świetności ulicy. Pomimo zniszczeń wojennych i późniejszych wieloletnich zaniedbań, zachowało się trochę autentycznych, historycznych elementów i to na nich skupia się ten projekt. Inne historyczne elementy, jak wiemy, zostały całkowicie zniszczone, dlatego na przykład latarnie pastorały są nowe – starych brak.

Przerażona jest Agnieszka Kowalska instalacją, która będzie symbolizować kładkę, łączącą w czasie wojny małe i duże getto. Chociaż, jak pisze dalej, nie wiemy jeszcze jak ostatecznie będzie wyglądała. Już jest jednak „metalowym monstrum przeszywającym żywy organizm ulicy”. A, i jeszcze „przesadzoną emanacją ego architekta”. Redaktor Kowalska domaga się, by subtelny artysta nas dotknął i poruszył i jako przykład podaje dwie skrajnie sprzeczne wizje upamiętnienia kładki: dmuchany wielokropek lub „żeby na czas jakiś kładkę po prostu wiernie odtworzyć”. Czyli wszystko jest lepsze, cokolwiek, tylko nie to, co proponują mentalnie XIX-wieczni urzędnicy.

O tej instalacji dziś z całą pewnością można powiedzieć to, że jednym się spodoba, innym nie i każdy ma prawo do swojej oceny i swoich emocji. Jeśli projekt rewitalizacji ulicy Chłodnej pobudza do refleksji, dyskusji, sporów, wątpliwości, a przy okazji przypomina historię tej części miasta, to dobrze. Rozmawiajmy, wymieniajmy się opiniami, ale czy, w subtelnej skądinąd, kwestii gustu i kultury sam diabeł musi wstępować w dziennikarkę podczas zakupów? Pani redaktor Kowalska ocenia: „karykatura rewitalizacji”. Rzecznik Beuth-Lutyk też może oceniać: „karykatura dziennikarstwa”. I mamy karykaturę rozmowy.

A więc o co chodzi? O ten tramwaj konny (który notabene Chłodną jeździł!)? Tu się akurat zgadzamy – w sprawie konia. Nie będzie raczej musiała Agnieszka Kowalska siadać na tych torach (ach, och!). Pomysł na odtworzenie na Chłodnej tramwaju konnego, jako nawiązanie do historii ulicy, a jednocześnie propozycja nietypowej atrakcji, zrodził się dawno, jednak obecny Zarząd Dzielnicy ma w tej sprawie duże wątpliwości. Burmistrz Urszula Kierzkowska nie jest entuzjastką męczenia zwierzęcia, zaprzęgniętego do zabytkowego pojazdu, a jest jeszcze kwestia kosztów. „I nie będzie - grzmi autorka - na taką fanaberię wydawać grubej kasy dzielnica, […]” - nie będzie, gdyż jej nie ma, po prostu.

Rewitalizacja to punkt wyjścia, do tego aby na Chłodnej toczyło się życie kulturalne, powstał tu, tak, właśnie salon tej części miasta. Dzielnica w ramach swoich możliwości i kompetencji będzie się starała, by było to miejsce żywe i twórcze, przyciągające wydarzenia kulturalne i otwarte dla artystów. Może okazjonalnie, bez narażenia jego zdrowia i kondycji, pojawi się także koń. Może nie trzeba zamrażać/obrażać się na Chłodną na miesiąc przed otwarciem.

Pozdrawiam,
Monika Beuth-Lutyk, rzecznik prasowy, Urząd Dzielnicy Wola 

16:41, kovalesku
Link Komentarze (1) »
poniedziałek, 15 sierpnia 2011
 

Nie tylko Festiwal Pierogów przyciągnął mnie w tę niedzielę do Krakowa. Miałam jeszcze jedną poważną zaległość - MOCAK. Omijając rynek (uff), przeszłam więc moją ulubioną trasą: Kazimierz - Podgórze, utykając oczywiście kilka razy: na kawę w Culce (z przepięknym widokiem na kładkę), na popas na wiślanych bulwarach, na obiad w Marchewce z Groszkiem (Mostowa 2) i na wino w Cavie;)
Wcześniej wpadłam jeszcze na naprawdę głupi pomysł, żeby pojechać do Nowej Huty, bo też tam nigdy nie byłam. Myślałam sobie: taki nasz MDM, spektakularne założenie, ciekawa architektura... Nic z tego. Wystarczy zobaczyć zdjęcie Nowej Huty z lotu ptaka, z bliska naprawdę nie trzeba tego oglądać, bo można się na dzień dobry zdołować. Zupełnie martwe miejsce, pewnie krakowianie traktują je jak osobne miasto i się tu nie zapuszczają. Nawet na placu Centralnym straszą ogromne, puste lokale. Przeszłam się więc tylko na Osiedle Teatralne i szybko stamtąd uciekłam.

Muzeum w Fabryce Emalia Oskara Schindlera i sąsiedni MOCAK to prawdziwy fenomen. Sznur turystów z mapami ciągnie tam przez te nieużytki, bloki, plac budowy nowej Cricoteki i straszny pomnik na pl. Bohaterów Getta non stop. Emalia zupełnie nie jest na to przygotowana. Kolejka chętnych, by zobaczyć multimedialną wystawę „Kraków. Czas okupacji 1939-1945" jest ogromna, a obsługuje ją jedna smutna, zmęczona pani, która w tempie żółwia sprzedaje bilety na godzinę do przodu. Idę więc najpierw do sąsiedniego MOCAK-u. Tu już takich tłumów nie ma.

Mieszane mam uczucia. Projekt Claudio Nardiego bardzo mi się podoba - przyjemnie jest zwiedzić wreszcie w Polsce nowoczesne, zbudowane od podstaw muzeum sztuki współczesnej. Ale w środku jest już gorzej. Sale wystawowe sprawiają wrażenie, jakby nie starczyło pieniędzy na ich wykończenie. No ale taki jest jak rozumiem zamysł ekspozycyjny - fatalny. Panuje tu dołujący mrok i mimo że wystawy nie są duże, męczą bardzo szybko. To również kwestia sposobu eksponowania prac. Na obu wystawach: stałej - kolekcji MOCAK-u i czasowej, poświęconej historii w sztuce, jest mnóstwo bardzo ciekawych, arcyważnych dzieł - Libery, Kuśmirowskiego, Robakowskiego, Wodiczki, Kozyry, Susida, a nie powalają publiczności. Właśnie dlatego, że toną w ciemnościach i są źle wyeksponowane. Już wiem, dlaczego MSN w wizualizacjach wnętrz swojego przyszłego muzeum umieszcza ogromne samoloty czy szkielety dinozaurów - bo mocne akcenty są bardzo potrzebne. Rozumiem, wnętrze jest spore, a nie każda praca ma duże gabaryty. Ale można dać większy oddech instalacjom Kuśmirowskiego, pobawić się formatami projekcji i fotografii. Dlaczego „Mary koszmary" Yael Bartany wciśnięte są w kąt? W Berlinie widziałam, jak filmy z tej trylogii działają wyświetlane na całą ogromną ścianę. Na wystawie prezentującej krytyczne, alternatywne interpretacje historii to samo - widzowie snują się znudzeni. A naprawdę jest tu co oglądać. No może poza typowo krakowską, niepotrzebną naprawdę wycieczką do prac Matejki, Wyspiańskiego, Hasiora i Kantora. Są tu nieznane mi wcześniej prace Edwarda Dwurnika o '68 roku; doskonałe w kontekście ostatnich londyńskich wydarzeń (bo pokazywane z perspektywy młodych) animacje Węgra Csaby Nemesa, relacjonujące demonstracje sprzed kilku lat na budapeszteńskim placu Wolności; Mirosława Bałki video o wizycie niemieckiego papieża w Oświęcimiu; „Lekcja śpiewu" Artura Żmijewskiego; intrygujące fotografie Collier Schor; malutkie obrazy Marcina Maciejowskiego, przedstawiające sceny z Hitlerem, Speerem i Leni Riefenstahl.
Ekspozycyjne mankamenty da się naprawić. Ważne, żeby treść była wartościowa. No i te parasole Heinekena z kawiarnianego ogródka trzeba wywalić!

W
Emalii z kolei przegięcie w drugą stronę - oczopląs, multimedia, maksymalne wykorzystanie każdej szpary - jeszcze lepiej niż w Muzeum Powstania Warszawskiego. Niby super (ech gdyby nasze Muzeum Historyczne umiało tak wyeksponować swoje zbiory!). Ale jednak coś mi zgrzyta, gdy widzę turystów fotografujących się na tle czerwonych sztandarów ze swastyką, bo tak są tu atrakcyjnie pokazane. Przez przypadek oglądałam tę wystawę z pewną starszą panią, która przeżyła w Krakowie wojnę, a w 1968 r. wyemigrowała do Nowej Zelandii. I jej się bardzo podobało, popłakała sobie nawet trochę. Dlatego nie mam więcej pytań i nie będę się czepiać.

Polecam Wam taki szybki wypad w słoneczny dzień do Krakowa - ja obróciłam jednego dnia, za 70 zł w obie strony pociągiem TLK. To doskonałe miasto do odpoczynku, do mieszkania już gorzej - na pewno nie dla ludzi z warszawskim temperamentem. Choć Mike przekonuje mnie, że w Kryspinowie to ze dwa dni byśmy wytrzymali. Na szczęście już dzisiaj do roboty:)

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
10:52, kovalesku
Link Komentarze (3) »

Warszawa w Budowie czy Przemiany?

 
00:38, kovalesku
Link Komentarze (24) »
sobota, 13 sierpnia 2011

Zawsze tak mam, gdy przejdę się Chmielną w stronę placu Defilad. Muszę odreagować. Bo mam wrażenie, że z estetyką centrum naszego miasta jest coraz gorzej. Przystajemy przy nowym Domu Towarowym Braci Jabłkowskich. Całkiem udany budynek, ale Marcel gwałci nastrój mówiąc: - A wiesz, że na parterze będzie salon Plusa? A widzisz te kamerki zamontowane na elewacji? Zawsze muszą coś schrzanić! Rób zdjęcie! - denerwuje się. A ja na to: - Naprawdę chcesz, żebym właśnie to sfotografowała? Rozejrzyj się!

Naprzeciwko - jedna z najpiękniejszych kamienic w mieście - obsmarowana bazgrołami, oklejona kartonami, nawet drzewka rosną już na dachu, tak dawno stoi pusta. Rozstawiają przy niej swoje stragany uliczni handlarze: kolorowych ręczników, płyt DVD, książek. Dalej dziura (już nawet nie umiemy sobie przypomnieć, co tu było przed wyburzeniem). W zeszłym roku rozstawił się tu ohydny pub z ceratowym dachem i ekranami plazmowymi, na których transmitowane były mecze. Nie wiadomo, co gorsze - pub czy płot. O estetyce knajp i sklepów już się nie będę wypowiadać - ot, zbieranina bez ładu i składu, na pewno nie pasująca do ulicy, która mogłaby być najelegantszym deptakiem w mieście.

Knajpka Pod Kaktusami zamieniła się w jakiś tandetny, krzyczący plastikiem i kolorami fastfood pod szyldem Magdy Gessler. Marcel chyba jest jej fanem, bo tłumaczy mi, że tej sieci pani Magda już nie kontroluje. Z przyjemnością nakręciłabym tu jeden z odcinków Kuchennych Rewolucji i użyła ulubionego określenia Magdy Gessler: meksykańska dupa.

Pasaż Wiecha, zniszczony modernizacją, niszczeje coraz bardziej. O Centrum już nie mam siły wciąż pisać: bez zmian pozostają skorodowane wiaty przystankowe i wejścia do wind, tandetne żółte i pomarańczowe donice z kwiatami, przed Pałacem wciąż parkuje Lux Torpeda i stoi ceratowy namiot z tanimi książkami, a wejście do stacji Metra Centrum przypomina elewację bazarowej hali przy jakimś podmiejskim dworcu PKS.

 

Wracam do domu i muszę odreagować. Biorę stare numery Architektury, czytam i oglądam. Dziś kinowy budynek, którego już nie ma - Skarpa (ach, bo jeszcze nie wspomniałam, jak bardzo boli mnie to, co nowy właściciel zrobił z kinem Relax, które popada w coraz większą ruinę). Na zdjęciach z 1960 r. widać czystą bryłę Skarpy, detale architektoniczne, których nam już nie było dane docenić, bo zatarł je czas; piękne graficznie neony i filmowe anonse; mozaikowe dekoracje i nowoczesne meble wewnątrz. O kinie, zbudowanym w latach 1956-60 pisze w Architekturze (nr 1/1961) projektant budynku Zygmunt Stępiński. Czytamy m.in:

"Jak wiadomo, ul. Kopernika, w związku z realizacją trasy mostu Świętokrzyskiego, zostanie przebita do alei 3-go Maja i do placu Trzech Krzyży (utrzymując dwupoziomowe skrzyżowanie z ul. Świętokrzyską, z aleją 3-go Maja i ul. Książęcą). Stanie się ona arterią, której zadaniem będzie odciążenie pod względem komunikacyjnym Nowego Światu.
Będąca na ukończeniu realizacja 15-kondygnacyjnego wieżowca przy wlocie ul. Tamki oraz budowa wielkich budynków mieszkalnych z parterami sklepowymi naprzeciw kina - podniosą już wkrótce ul. Kopernika do rangi o znaczeniu śródmiejskim. Tym tłumaczy się obecnie niezupełnie zrozumiała "zapleczowa" lokalizacja tak dużego kina, jakim jest Skarpa. (...)

W okresie przedwojennym w rejonie Nowego Światu istniało 8 kin (Duże i Małe Colosseum, Studio, Bałtyk, Majestic, Europa, Casino, Pan). Obecna gęstość zaludnienia w tym rejonie Śródmieścia w stosunku do lat przedwojennych nie uległa dużej zmianie, a tymczasem projekt urbanistyczny przewidywał budowę tylko dwóch kin (Skarpa i Świat), które z trudem zaspokoją realne potrzeby mieszkańców.

Pomimo tego na wieść o rozpoczęciu budowy kina do władz miejskich wpłynął protest przeciwko budowie, ponieważ jakoby kino zakłócić miało spokój mieszkańców zacisznych niewątpliwie osiedli na zapleczu ul. Nowy Świat. Kino jednak na szczęście zostało zbudowane. (...)

Na elewacji frontowej zainstalowano specjalny stały stelaż do dekoracji dla każdorazowego filmu, który pozwala na uniknięcie szpetoty, niestety często zdarzającej się w dekoracjach reklamujących poszczególne filmy.
Intencją autora i inwestora było oddanie do użytku budynku wraz z terenem otaczającym kino całkowicie uporządkowanym."

 
 
 
19:27, kovalesku
Link Komentarze (4) »
 
 

Jeśli jesteście w Warszawie, biegnijcie tam koniecznie. Bo trzeba w to nasze deszczowe lato wykazać się nie lada refleksem, żeby trafić na taki moment ze słońcem. Dziś jest w UFO idealnie - gorąco, słonecznie, dzieciaki pluskają się w basenie, mamusie i tatusiowie relaksują się na leżaczkach, ciocie i wujkowie robią zakupy na pchlim targu. Ja kupiłam od Agi Bilskiej piękną karafkę za 3 zł (teraz trzeba będzie jakąś nalewkę zrobić). Zdradzę Wam też dziewczyny, że jedna z sąsiadek UFO sprzedaje na stoisku po prawej stronie od wejścia piękny ciemnobrązowy prochowiec S za 15 zł;) Dziś będzie tam tak do wieczora, a i jutro ma być ładnie (choć pewnie bez burzy się nie obędzie). Wreszcie porządne lato w mieście!

 
 
 
16:28, kovalesku
Link Komentarze (4) »
 

Raster już powoli przeprowadza się na Wspólną (zdjęcie powyżej); Asymetria na Jakubowską, na skwerze Tekli Bądarzewskiej działalność rozpoczyna na dobre galeria Starter; Leto i Piktogram mają nową imponującą przestrzeń w Soho Factory; Fundacja Galerii Foksal kupiła prawie cały pawilon przy Górskiego, chce go remontować i na poważnie się tu zakorzenić; Kolonie mają za sobą bardzo dobry inauguracyjny sezon; ciekawie wystartowało też BWA Warszawa na Saskiej Kępie. W prywatne galerie sztuki wyraźnie wstępuje nowa energia. Dowodem na to jest wspólna inicjatywa 17 z nich. 23-24 września organizują gallery weekend - coś co dobrze znamy z innych europejskich miast. Pod hasłem GDZIE JEST SZTUKA? planują na ten weekend specjalne wydarzenia, które przez swój zmasowany atak mają szansę przyciągnąć nie tylko odwiedzających z całej Polski, ale też kolekcjonerów i ludzi zainteresowanych sztuką ze świata. Udało się Rastrowi z Villą Reykjavik, na pewno uda się również w Warszawie. Trzeba wykorzystać to, że polska sztuka najnowsza wciąż jest bardzo ceniona na świecie. Nie mamy tu targów sztuki, a projekt GDZIE JEST SZTUKA? może stać się ich zalążkiem i doskonałym promocyjnym wabikiem Warszawy.

11:03, kovalesku
Link Komentarze (5) »
wtorek, 09 sierpnia 2011
 

To było ciekawe doświadczenie, bo Górny Śląsk to dla mnie całkowita terra incognita. Do Wałbrzycha, do rodziny, jeździłam od małego dwa razy w roku, w Katowicach nie byłam nigdy. Dziwne, ale prawdziwe. Pojechałam na trzy dni Off Festivalu, czyli przede wszystkim słuchać mojej ulubionej muzyki, ale rozejrzeć się wstępnie po okolicy też bardzo chciałam. Wyruszyłam uzbrojona w rekomendacje ziomków, co to Śląsk dobrze znają: Sebastiana Cichockiego i Mikołaja Długosza. Skontaktowałam się też z ludźmi, którzy - jak przypuszczałam - są tam moimi bratnimi duszami. Potwierdziło się. Oto oni:

JOANNA BRONISŁAWSKA - ASI MINA

Asię poznałam w Warszawie, bo wraz z Izą Rutkowską z Fundacji Form i Kształtów robiła tu na Mariensztacie EUgeniusza - designerską, interaktywną instalację z okazji inauguracji polskiej prezydencji w Unii. W Katowicach przyjęła nas z typowo śląską gościnnością. Mimo, że kociokwik miała straszny, bo na Offie grała aż dwa koncerty, a w domu gościła Randalla - oryginalnego muzyka z Miami, cały czas czułam jej troskliwą obecność. Kobieta - dynamit. Przed koncertami zaprosiła nas do domu kultury w Chorzowie na próbę jej solowego projektu Asi Mina (na zdjęciu poniżej). Widząc tę cudowną grupę młodych ludzi ze szkoły muzycznej im. K. Szymanowskiego w Katowicach, zrozumiałam jak ważne są takie edukacyjne projekty. Asia mogła przecież zaprosić do współpracy utytułowaną orkiestrę, ale wybrała tych młodych, bo wie, że w przyszłości może to zaowocować niezwykle ciekawymi muzycznymi projektami. Widząc radość tych dzieciaków z występu na jednym z najważniejszych muzycznych festiwali w Polsce, nie mam co do tego wątpliwości.

Asia na co dzień uczy muzyki (właśnie wynajęła do tego celu pomieszczenie nad klubokawiarnią Dobra Karma). Ze swoim bratem Wojtkiem Kucharczykiem współtworzyła legendarne już zespoły The Complainer i Mołr Drammaz - ten ostatni dał na Offie, po długiej przerwie, porywający zupełnie koncert. Po urodzeniu dzieci (jest mamą dwójki synów), urodziła też swój własny projekt - Asi Mina.
Mieszka na Osiedlu Tysiąclecia, tuż obok Parku Kultury w Chorzowie, więc jak tylko usłyszała, że chcemy go spenetrować, zaproponowała, że będzie naszym przewodnikiem. Koniecznie musicie tam spędzić kilka godzin, bo w tym parku, który powstał w latach 50. XX w. jest wszystko: ogromne tereny rekreacyjne, wesołe miasteczko, zoo, planetarium, korty tenisowe, ogród różany, rzeźby, a nawet ciuchcia, którą park objechaliśmy. Doskonały relaks. Co prawda na Giszowcu nie byłam, ale tu też mogłam poczuć o co chodzi z tym Miastem Ogrodów. Pojechaliśmy za to na Nikiszowiec - typowo śląską dzielnicę z początku XX w. I tam też byłam pod wrażeniem, jak mieszkańcy zacieplają tę swoją okolicę przydomowymi ogródkami, klombami w oponach i kwiatami w obmalowanych na czerwono oknach. 

 

DOMINIK TOKARSKI - KATO

Dominik to charyzmatyczna postać. Przeczytałam w ostatnim numerze Architektury-Murator zapis debaty o przestrzeni publicznej, w której wziął udział i zapragnęłam go poznać. Zaprosił mnie do swojej klubokawiarni KATO na ul. Mariackiej. Szybko zorientowałam się, że to jest to miejsce, w którym koncentruje się energia młodych, kulturalnych Katowic. Kilka dosłownie metrów z malunkami na ścianach i piwem, na niezbyt w naszym guście zrobionym deptaku, a schodzą się tu wszyscy kreatywni. Jak mówi Dominik: fajne mordy są. KATO słynie z koncertów w oknie (grali tu m.in. Kamp! i Tres b). Setki ludzi stoją wtedy na ulicy i nie przeszkadza im wcale, że niewiele widzą. Na odnowionej Mariackiej od roku knajpy wyrastają jak grzyby po deszczu (wcześniej, przed remontem, jeździły tu autobusy i - jak mówi Dominik - dziwki stały i lumpy mieszkały, degrengolada totalna). Pierwsza była - wzorowana na naszych Przekąskach - Lorneta z Meduzą, potem pojawiły się kolejne (jest tu też najlepsza obok Dobrej Karmy jedzeniowa knajpka w mieście - wegetariański Złoty Osioł).
Dominik zapuścił na Mariackiej korzenie - wynajął sąsiedni lokal po sklepie spożywczym, ma jeszcze magazyn na zapleczu (od tyłu jest taka fajniejsza, brudniejsza ulica, doskonała na bardziej offowe projekty). W nim zamierza serwować frytki - lokalik będzie się nazywał Pokrzep się, w nawiązaniu do legendarnego katowickiego baru. W KATO też można zjeść - w piątkowe wieczory swoje specjały gotuje tu włoski kucharz Francesco.

Dominik zrealizował więc swoje marzenie o kulturalnej knajpce, ale nie tylko tu koncentruje swoją energię. To typ społecznika, założył więc w 2005 r. stowarzyszenie Moje Miasto, które walczy o dobrze zaprojektowaną, przyjazną przestrzeń publiczną. Wystartował też w ostatnich wyborach samorządowych; niestety z radykalną postawą Mojego Miasta, które postanowiło nie zaśmiecać Katowic plakatami, nie mogło się udać. Ale mają bardzo dobre kontakty z lokalnymi mediami, więc bywają bardzo skuteczni. Przyznają swoje antynagrody Betonowe Kostki (wręcza je superbohater Metan) i nagrody Superjednostki. Zawalczyli, by informacje o konkursie architektonicznym na nowy gmach Muzeum Śląskiego zostały rozesłane do najważniejszych światowych pracowni. Zaangażowali się też w projektowanie kolorystyki tramwajów, zwanych tu Helmutami i Karlikami. Gdy dwójka radnych chciała zablokować malowanie w sąsiedztwie KATO murali, które uznali za brzydkie, obsceniczne i zaśmiecające miasto, Dominik z kolegami obfotografował ściany z wulgarnymi bazgrołami na osiedlu radnych i trafił z tym przekazem do głównego wydania Faktów TVN.

Zaangażował się też w start Katowic w konkursie ESK 2016. Biuro ESK nadal tam działa, wydzielone ze struktury miasta, z osobnym budżetem i jak mówi Dominik - to ono jest głównym motorem kulturalnych działań w mieście, bo jest to mały, prężny, skuteczny zespół. Stowarzyszenie Moje Miasto w ramach ESK zainicjowało projekt Ogród Światła - plenerowej galerii starych neonów, która powstanie na wielkiej ścianie na tyłach KATO. Dominik: - ESK wywołało tu autentyczną społeczną zmianę, uaktywniły się oddolne inicjatywy, jest w tym dużo energii i świeżości. To było martwe miasto, a teraz widzę od roku, że ludzie zaczynają wychodzić z domu i uczestniczyć w kulturze.

Podczas następnej wizyty - z okazji festiwalu Tauron - jesteśmy z Dominikiem i jego kolegami umówieni na turbogolfa w postindustrianych śląskich przestrzeniach.

 

STASZEK RUKSZA - KRONIKA

Kolejny pozytywny śląski świr. Na zupełnie niezachęcającym bytomskim rynku tchnął w 2006 r. wraz z Sebastianem Cichockim nowe życie w Galerię Kronika. Teraz prowadzi ją sam, z kilkuosobowym zaledwie, świetnym zespołem. Wystarczy wejść do pomieszczeń Kroniki i już czuje się, że jest to nasze miejsce. Rzędem stoją tu rowery - pozostałość po wystawie mobilnego projektu RUMB - niezbędnika aktywisty, stworzonego wspólnie z Kubą Szrederem. Zresztą Staszek to zapalony rowerzysta i organizator alternatywnych wycieczek po Śląsku. Można pożyczyć od niego rower i  wyruszyć w teren, wyposażonym w mapy i wiedzę (Kronika wydała m.in jeden z moich ulubionych alternatywnych przewodników INDUNATURE). Już cieszę się na naszą wspólną wyprawę, na którą umówiliśmy się w ostatni weekend sierpnia. To nie jest zwykła turystyka, nie jest to też żadna promocja Śląska, a raczej jeden z wielu krytycznych projektów artystycznych, zainicjowanych przez Kronikę. Bo co może nam więcej powiedzieć o tym mieście i jego problemach, niż takie bezpośrednie dotknięcie bytomskich osobliwości. Staszek mówi o nich: ikonografia przegranych.

Nie dziwi bliska współpraca zaangażowanej społecznie i politycznie Kroniki z Krytyką Polityczną, bo tu nie ma letnich, galanteryjnych wystaw (Staszek pracuje np. z Sarmenem Beglarianem nad wystawą ŻYDZI TO GEJE, po raz kolejny podejmującą najważniejsze z penetrowanych tu wątków - mniejszości i wykluczenia). Często działania Kroniki są w kontrze do oczekiwań władz czy szerokiej publiczności. - Nie realizujemy żadnych postulatów, czy planu wydziału kultury, który generalnie nie ma planu, jak większość wydziałów kultury w Polsce, z Warszawą włącznie. Raczej służą one mimo wszystko tworzeniu bizantyjskiego wizerunku władzy niż wspieraniu działalności oddolnej. Zabetonowane władze nie mają słuchu społecznego. To jest w ogóle kwestia kryzysu demokracji. My postawiliśmy sobie inny cel. Zmieniamy paradygmat z publiczności na społeczność, na tworzenie społeczności - mówi Staszek. Dlatego Kronika stawia też tak mocno na edukację - są tu zajęcia dla dzieci, organizowane przez Agatę Tecl; nawet lekcje angielskiego prowadzone przez zagranicznych wolontariuszy. Jest Pokój do Wynajęcia, zaprojektowany przez Macieja Kuraka. Teraz rezyduje w nim fundacja Brama Cukermana, która bada żydowską społeczność Będzina. Staszek: - Jak idę na Manifę czy inne demonstracje, to widzę, że połowa z tych zaangażowanych ludzi to młodzi, których znam z Kroniki. I to jest ogromna satysfakcja.

NIKISZOWIEC: 
 
 
OFF FESTIVAL:
 
 
PARK KULTURY W CHORZOWIE:
 
 
 
 
 
14:49, kovalesku
Link Komentarze (1) »
piątek, 05 sierpnia 2011

Paris Tetris grają w niedzielę o godz. 17. Pełen program tutaj...

12:04, kovalesku
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 04 sierpnia 2011


Byłam dziś na konferencji prasowej festiwalu Przemiany w Centrum Nauki Kopernik. Wiem, to nie jest normalne na urlopie, ale wciąż jestem w szoku, że mam wolne i powoli muszę się z tym oswajać. Nie poszłam tam tylko dlatego, że mam obsesję związaną ze wszystkim co dotyczy ESK 2016 (wywiad z panią Ewą Czeszejko-Sochacką mam obiecany jeszcze w trakcie mojego, a po jej urlopie, czyli po 8 sierpnia). Nadrabiam podczas tego mojego Lata w Mieście wszystkie zaległości, a Kopernik jest jedną z nich: nie widziałam części ekspozycji, nie byłam w Planetarium i Parku Odkrywców. Chciałam zabrać znajomych na taką wycieczkę, bo Kasia Nowicka z Kopernika zaproponowała, że nas tam wyjątkowo bokiem dziś wprowadzi i po zakamarkach oprowadzi.

Konferencja odbyła się na leżaczkach, w słonecznej scenerii Parku Odkrywców, czyli jak najbardziej urlopowo. Jakie będą te Przemiany, które odbędą się 1-4 września, po raz pierwszy pod szyldem Kopernika? Trudno wyczuć. Ot, dobrze zorganizowany festiwal Centrum Nauki, z koncertami, spacerami, pokazami Planete Doc, akcjami artystycznymi na obu brzegach. Czy przemieni Wisłę? Nie sądzę.

Na pewno Kopernik przemienia swoją najbliższą okolicę - to trzeba przyznać, tego nie da się nie zauważyć. Widzowie uwielbiają to miejsce, kolejka nie maleje. Park Odkrywców też od razu zyskał swoich zwolenników - ludzie wylegują się tu z książkami, przychodzą na plenerowe pokazy filmowe (w każdy piątek o godz. 20.30 wyświetlane są tu filmy krążące wokół tematu mózgu - jutro „Incepcja", wstęp wolny). To jedyny w naszym mieście dobrze zaprojektowany fragment nadwiślańskich bulwarów, szkoda że tak malutki. Rozmawiałam z dyrektorem Firmhoferem, któremu marzy się taki sam park po drugiej stronie budynku, przystanek tramwaju wodnego i przystań - to musi się tu udać! W planach ma jeszcze uruchomienie kawiarni w Planetarium z widokiem na rzekę (to jesienią) i tarasu na dachu, który jest już od dawna gotowy, dopieszczony, ale zbyt niebezpieczne okazały się kratery, do których dzieci mogłyby wpaść i trzeba je jeszcze dodatkowo zabezpieczyć.

Nie przepadam za ekspozycją Kopernika, ze względu na jazgot i dzikie tłumy. Jestem tam w stanie wytrzymać kwadrans. Ale to nowoczesne Planetarium to jest hit (weszliśmy tam na chwilkę)! Polecam Wam bardzo taki popołudniowy seansik (bilety 12 zł, podobno ten o Darwinie jest najlepszy), połączony z wieczornym popasem w Parku Odkrywców (park jest ogólnodostępny, bez żadnych biletów). A jeśli już ekspozycja, to spokojniejszy jej fragment Re:Generacja - dla starszych dzieciaków - z ciekawszym designem, gdzie - jak głosi informacja - można „dowiedzieć się więcej o samym sobie oraz prawach rządzących relacjami między ludźmi". To tam jest ten seks na tylnym siedzeniu samochodu:)

 
 
 
 
 
 
16:21, kovalesku
Link Komentarze (8) »
środa, 03 sierpnia 2011
 
 

Takich kin już nie ma. Za takimi kinami tęsknimy. Na szczęście zatęskniła też Ewa Jaskólska. I zrobiła je dla nas, w Falenicy. Nominowaliśmy kinokawiarnię Stacja Falenica do Wdech w kategorii Miejsce Roku 2010, ale - wstyd się przyznać - dotąd nie miałam czasu, żeby tam zajrzeć. Dziś to nadrobiłam. Obejrzałam niezwykle inspirujący dokument o Jane Goodall i osobiście poznałam inną inspirującą kobietę - Ewę Jaskólską. Po kilku godzinach tam spędzonych żegnałyśmy się tak, jakbyśmy znały się od lat. - Pojechałam oglądać zachód słońca na La Playę, ale nie było tak dobrze widać, jak u nas na stacji - śmiała się Ewa. Nic dziwnego, że stoliki na peronie były pozajmowane.

- 90 procent naszych widzów to miejscowi. Warszawiacy nie przyjeżdżają, bo wydaje im się, że to straszna wyprawa. Kanapki ze sobą zabierają - mówi Ewa. Specjalnie sprawdziłam - dojazd trwa tu 35 minut ze stacji Warszawa Śródmieście, a SKM-ką nie trzeba dodatkowo płacić za bilet, bo obowiązuje ten sam co w autobusach i tramwajach w mieście (to wciąż 1 strefa). No i kino jest dosłownie dwa kroki od pociągu, bo mieści się w budynku kolejowej stacji. Ewa wynajęła go od PKP dwa lata temu i dokonała prawdziwego cudu, adaptując na potrzeby kina, kawiarni i księgarni. Właśnie kupiła tzw. głośnik centralny, z którego jest niezwykle dumna. I rzeczywiście - jakość dźwięku jest tu bardzo dobra. Nawet pociągów nie słychać. Gdy przejeżdżają, czuć tylko delikatne drgania. Atutem tego miejsca jest to, że oglądamy film siedząc przy kawiarnianych stolikach. Obsługa jest cały czas w pogotowiu, można więc zamawiać do woli w trakcie seansu - kawy, napoje, ciasta (od jesieni będą tu też konkretniejsze dania). Płacimy za wszystko po zakończeniu seansu (bilety kinowe kosztują: w tygodniu 12, a w weekendy - 15 zł).

Są tu delikatne smaczki związane z koleją, jest oryginalna podłoga, drewniany sufit i jeden z neonów Kina Praha, podarowany przez Muzeum Neonów. Sam budynek z lat 30. ma ciekawą, modernistyczną bryłę (PKP zamierza wkrótce odnowić elewację), do której nawiązują wyszukane na Allegro nowoczesne meble. Są filmowe plakaty i powiększone do rozmiarów naściennych tapet zdjęcia z Linii Otwockiej. W księgarni dominują varsaviana i książki dla dzieci, bo maluchy to też oczko w głowie gospodyni (sama ma dwójkę dzieci). W soboty o 11 są tu rodzinne poranki filmowe połączone z plastycznymi warsztatami. Stacja Falenica prowadzi też zajęcia edukacyjne dla dzieci z okolicznych szkół (m.in. podstawówki integracyjnej), dofinansowywane przez PISF i docenione przez lokalną społeczność. - Uniwersytet Trzeciego Wieku przerobił u nas całą klasykę - mówi z dumą Ewa. Galerię fotografii rozkręca tu nasz redakcyjny kolega, mieszkaniec Falenicy Arek Ścichocki, są też koncerty. Bardzo udała się ubiegłoroczna debata w rocznicę likwidacji tutejszego żydowskiego getta. Mieszkańcy mieli wreszcie okazję powspominać swoich sąsiadów, którzy z tej stacji odjechali na śmierć. W tym roku w rocznicę - 20 sierpnia - odbędzie się wieczór filmowo-artystyczny, współorganizowany przez galerię Lokal_30. Zobaczymy m.in. filmy Anny Baumgart i Yael Bartany oraz fotografie Zuzanny Janin i Wojciecha Wilczyka.

Spojrzałam na dzisiejszą publiczność - była para młodych ludzi, ze trzy inne, w średnim wieku i stolik czterech elegancko ubranych starszych pań - przyjaciółek, które wybrały się razem na ciastko i film. „Dzięki, że przyjechałaś. W końcu u was w Warszawie tyle się dzieje!" - gdy Ewa wypowiedziała to zdanie, nie wytrzymałam. I wbiłam jej do głowy, że to u niej się dzieje. Po ostatnich doświadczeniach w UFO i Dolinie Muminków, gdzie był polski syf, a znudzonej obsłudze nie chciało się nawet rozstawić stolików i leżaków czy włączyć muzykę, tu wreszcie odpoczęłam. Zobaczyłam profesjonalnie i z troską prowadzony lokal, co U NAS W zblazowanej WARSZAWIE coraz rzadziej się zdarza. Dopieszczone, przyjazne wnętrze, uważna kelnerka, która pyta: „i jak się pani podobał film?" i już jestem cała ich. Zresztą sami sprawdźcie. W sierpniu Stacja Falenica czynna jest od poniedziałku do piątku w godz. 14-21, a w weekendy w godz. 10-22. Jutro (w czwartek) w programie: o godz. 18 Życie Jane, a o godz. 20. Dwa żebra Adama w reż. Janusza Morgensterna.

 
Wdechy 2010
 
 
 
 
 
 
 
 
 
23:23, kovalesku
Link Komentarze (4) »
 

Bardzo mnie to cieszy, że w mojej nowej okolicy będę miała OH LALA czyli stołeczne centrum kobiecości. Zamierzamy z Szymańską zapisać się tam na zajęcia z burleski, choć obawiam się, że w moim wykonaniu może to być raczej groteska:) Ale będę się starać. Zmobilizowało mnie dzisiejsze spotkanie na Brackiej z Martą Majchrzak i Agą Bilską. Pokazały mi zdjęcia, które we wrześniu zawisną w OH LALA na wystawie AUTOEROTYK. Tytuł dobrze oddaje klimat tych fotografii, które są jak erotyczne, miłosne wiesze pisane przez kobiety do siebie samych. Pomysłodawczynie wystawy zaapelowały do dziewczyn, by zrobiły sobie zmysłowe autoportrety (jeden z nich powyżej). Piękna i intrygująca wyszła z tego kolekcja. Dam wam znać, gdy już będzie znany termin wernisażu.

 
 
15:14, kovalesku
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 02 sierpnia 2011
 

Jestem trzeci dzień na urlopie i już zaczynam wariować, bo nie umiem odpoczywać. Ale sukces - dziś wytrzymałam całą godzinę na leżaku z książką w UFO! Słucham po raz pierwszy pięknej płyty Ballad i Romansów ZAPOMNIJ; czytam w „Exklusivie" (choć to pismo zdecydowanie nie dla starych dziadów - kim jest pani na okładce? kim są „gorące nazwiska” z sesji foto?) wywiad z Izą Rutkowską z Fundacji Form i Kształtów. W kinie sezon ogórkowy (patrz - smerf na Cepelii), ale „Druhny” koniecznie musicie zobaczyć - przezabawne!

 
 
22:14, kovalesku
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 31 lipca 2011
 

Ci, którzy często się przeprowadzają, nie obrastają w zbędne rzeczy. Ja nie przeprowadzałam się już dawno, więc trochę obrosłam. A ponieważ za chwilę się przenoszę, robię przegląd dobytku. Za dużo książek. Chciałam oddać do osiedlowej biblioteki: piękne encyklopedie o sztuce, przewodniki po Polsce, atlasy, nowiutkie powieści, które nie są na tyle ponadczasowe, żeby je trzymać. Bibliotekarki westchnęły ciężko pt. będziemy to musiały teraz katalogować, ale jak się pani upiera, to niech pani przyniesie. Na moim podwórku sporo jest biednych, wałęsających się dzieciaków, mogło by im to się przydać. Ale generalnie mam taką refleksję, że w Warszawie to już nam się w dupach poprzewracało. Wyrzucamy ubrania, dobre całkiem meble, książki, bo nie ma na nie chętnych. Nikt staroci nie chce brać, bo to uwłacza godności. Dlatego pakujemy z Kęczkowską w redakcji książki i wysyłamy do bibliotek w wioskach i małych miasteczkach, bo tam się z tego autentycznie cieszą. Stary laptop, drukarka? U nas śmiech, tam wzruszenie, bo nie mają. Sprzęt dla niepełnosprawnych? W szpitalu znów ciężkie westchnięcie - po coś z tym przylazła. A przecież same stare graty mają - wózki, kule.

Dlatego mój dzisiejszy wypad na miasto był strzałem w dziesiątkę. Chciałabym kupić sobie jakąś kieckę wakacyjną od naszego lokalnego projektanta, ale nie mam za bardzo kasy. A z drugiej strony sporo mam rzeczy na zbyciu. Na Sunday Markecie w 1500 m2 można to połączyć. Sprzedać używane rzeczy i kupić nowe. Tak zamierzam zrobić. Na razie wpadłam na rekonesans i kupiłam za 20 zł zegarek, który w sklepie kosztowałby 200. Wprowadzam program: recykling plus racjonalizacja wydatków.

 
Kobieta za ladą to pomysłodawczyni bazarku - Katarzyna Wyrozębska,
projektantka mody, właścicielka butiku Love&Trade (na zdjęciu z grafikiem,
projektantem Jankiem Estradą Osmyckim)

* Sunday Market połączony ze śniadaniem w każdą niedzielę w godz. 11-17 w klubie 1500 m2, ul. Solec 18. Zgłoszenia stoisk pod adresem lato1500@gmail.com. W 1500m2 na co dzień działają już dwa butiki z ubraniami polskich projektantów: Love&Trade (pon.-sob. 13-19) i Chickita (pon.-pt. 14-18, tu też ubrania Vans)

15:46, kovalesku
Link Komentarze (6) »

Kowalska: - Cały miesiąc był syf, musi się wreszcie przełamać.
Kamiński: - A kto powiedział, że musi?

 
15:10, kovalesku
Link Komentarze (1) »
sobota, 30 lipca 2011
 

W Wysokich Obcasach dziś same stare dziady. Kowalska rozmawia z Paskiem, a Zydel tłumaczy nam meandry myślenia dzisiejszej młodzieży. Polecam.

 

Kazałeś mi założyć polar, czapkę, coś od wiatru i siedzimy na łódce Nieuchwytny. Jest godz. 4 w nocy. Pływasz tak codziennie. Ile godzin snu?
Przemek Pasek: - Dzisiaj cztery. Mam już zaburzenia czasowe. Dzień mi się tak wydłużył, że zdaje mi się, że coś zdarzyło się miesiąc temu, a tak naprawdę było to w zeszłym tygodniu.

Są chętni?
- Jak najbardziej. Ostatnio zaczął padać deszcz. Pytam, czy płyniemy. Ekipa mówi, że nie ma problemu. Zaczynamy się bliżej poznawać i co się okazuje? Że kierownik tej wycieczki pracuje na biegunie południowym i robi to co ja, tylko pływa między górami lodowymi i wieloryby ludziom pokazuje.
 
Ile rejsów masz w ciągu dnia?
- Trzy rodzaje. 2-godzinny „Nadwiślański świt” – do placu budowy mostu Północnego. Potem w ciągu dnia takie krótkie, godzinne, żeby pokazać Wisłę w pigułce - od Czerniakowa do Żoliborza. I o godz. 18 rejs na Wyspy Zawadowskie, do rezerwatu.

Co to jest za miejsce?
- Wilanów, gdzie rzeka się zupełnie zmienia. Bo ta, którą znamy w Warszawie, mimo pozorów swojej dzikości, jest w stu procentach uregulowana. A tam wyrywa się już z jarzma regulacji i robi się rzeką 3, 4 razy szerszą niż w Warszawie. Płynie pomiędzy wielkimi wyspami, ławicami piachu. Nurty są bardzo zawiłe, kręte, zdradzieckie.
Atrakcją są kolonie lęgowe ptaków - mewy, rybitwy. Występuje tu np. rybitwa białoczelna, wpisana do czerwonej księgi ginących gatunków. Przylatuje do nas z RPA składać jajka, bo w niewielu miejscach Europy znajduje tak dogodne stanowiska lęgowe, jak w Warszawie. Wiozłem niedawno francuskich ornitologów, którzy mówili, że w życiu nie widzieli tylu rybitw w jednym miejscu. To gatunek, który jest wskaźnikiem jakości środowiska. To znaczy, że jest bardzo dobrze.

Jest bardzo dobrze?
- Tak, tylko żeby jeszcze turyści, którzy tu docierają zdawali sobie sprawę, że nie należy się zatrzymywać na wyspach, biwakować, palić ogniska, łowić ryb, wypłaszać ptaków, to byłoby fajnie. Mamy coś, co od wielu lat powinno być parkiem narodowym, a nie jest. I jest w granicach miasta. To jest ewenement totalny!

Bywało tak, że mieszkałeś nad rzeką?
- Tak, dwie zimy tu spędziłem z Anią na barce. Z wydrami, czaplami, dzięciołami.

Na jakim metrażu?
- 18 metrów kwadratowych. Masz tu butlę gazową, kaloryfer elektryczny do ogrzewania i myjesz się w misce. No ale ktoś musiał pilnować tego naszego miejsca, łódek, porządku. Na szczęście teraz mieszka tu Jurek Malanowski, z którym pracuję. A ja mogę raz na kilka dni choć trochę czasu spędzić w domu, na Puławskiej.

Wiesz co o tobie mówią na mieście? Że jesteś pieniacz, furiat i choleryk.
- Co ja na to poradzę. Ja jestem prostym chłopakiem, warszawiakiem.

To znaczy, że zadziorny jesteś?
- Walę prosto z mostu. Jeżeli ktoś kłamie, to mówię, że jest kłamcą. Nawet jak to jest wysoki urzędnik. Zwłaszcza, jak spotykam się ze złą wolą i niechęcią do współpracy. Zasada jest znana: łatwo, miło i przyjemnie o Wiśle. Wtedy dostaje się dotacje i można spokojnie pracować. A kiedy się mówi, że są ważne problemy, które trzeba rozwiązać, to wchodzi się w strefę niebezpieczną. A fundacja Ja Wisła oprócz tego, że organizuje rejsy, spacery, pokazy filmów i koncerty, również zabiera głos w ważnych debatach.

Na przykład?
- Trzy lata temu, gmina Wawer, w której mieszka nasza pani prezydent – teren nad Wisłą, obszar Natura 2000, chroniony unijnymi dyrektywami, jako priorytetowe siedlisko dla rzadkich, zagrożonych wyginięciem gatunków. W dodatku obszar zalewowy czyli taki, którego ukształtowania nie można zmieniać ze względów przeciwpowodziowych. I nagle ten teren o powierzchni 30 hektarów skarb państwa wydzierżawia pewnemu przedsiębiorcy z branży elektronicznej, który stopniowo, po cichu, zaczyna tam składować materiały budowlane. Zasypuje gruzem, ziemią z wykopów. Cel jest taki, żeby ten zalewowy obszar w ciągu kilku lat zamienić na bardzo drogie działki budowlane, bo powyżej, na skarpie stoją już jedne z najdroższych rezydencji w Warszawie.
Ciężarówki tam jeżdżą od rana do wieczora. Nikt nie reaguje, nikt tego nie widzi. Składamy zawiadomienie na policję, ale postępowanie prokuratorskie zostaje umorzone.
Spotykam się z panem z firmy budowlanej, która wozi ten gruz, a on mówi, że wie gdzie mieszka moja dziewczyna, moja mama, pokazuje mi zdjęcia z naszych rejsów. I spokojnie tłumaczy, co się może stać, jak się będę dalej tą sprawą interesował. I kiedy już całkiem czuję się jak w filmie „Ojciec chrzestny” mówi mi: „Opuść ten teren cały i zdrowy. Zapomnij o mnie, ja zapomnę o tobie”.

Zapomniałeś?
- Natychmiast. Daleki jestem od spiskowej teorii dziejów, ale przypomniało mi się to 2 lata temu, kiedy zaczynaliśmy pływać krypą po Wiśle i nagle otoczyły nas motorówki policyjne, było spektakularne zatrzymanie, oszczerstwa. Po 3 miesiącach sąd stwierdził, że z naszej strony nie było żadnych uchybień.

I to wtedy miałeś moment załamania? Powiedziałeś kiedyś, że chcesz się wyprowadzić z Warszawy.
- Nie, broń Boże. Pamiętasz, jak się to się ładnie wszystko rozwijało? Kupiłem za złotówkę leżącą na dnie portu i niszczejącą barkę Herbatnik, wyciągnąłem na ląd, zaczęliśmy ją remontować. Do dziś służy nam jako baza, miejsce spotkań, magicznych zupełnie koncertów. Przestali tu przychodzić żule i dealerzy narkotyków. Przywróciliśmy tę przestrzeń miastu. W 2008-9 r. nastąpiło apogeum naszych działań nad Wisłą. Dotacja z biura kultury wzrosła z 5 600 zł do 500 tys. Uwierzyłem że to, co robię jest ważne, że jest doceniane, że może naprawdę zaowocować.

I co się stało?
- Podobną rzecz chcieliśmy zrobić z zabytkowym drewnianym Dworcem Wodnym, który niszczeje w Porcie Praskim. Obiekt z początku XX w., a może nawet starszy, który stał kiedyś pod Zamkiem Królewskim, podpływały do niego statki parowe, była tam poczekalnia, bar, kasa biletowa. Taki drewniany budyneczek - 450 m. kw. powierzchni – coś między świdermajerem a secesją. Przepiękny obiekt!
W latach 70. barka została wycofana z eksploatacji. Niedawno kupił ją pewien Szwed, w ciemno, przez Internet. Nie był zachwycony, gdy zobaczył w jakim jest stanie. Sprzedał ją nam za 80 tys., zaciągnęliśmy kredyt. Dostaliśmy 200 tys. zł. dotacji z ministerstwa kultury, ale remont kosztowałby w sumie ok. 2 mln. zł. Jedyną szansą jest wyjęcie tego obiektu na ląd i powolne remontowanie, na ile pozwalają bieżące środki. To mógłby być doskonały zalążek centrum edukacyjnego, Muzeum Wisły, jakkolwiek to nazwiemy. Ale nie możemy tego zrobić, bo nie mamy gdzie. Dworzec Wodny zgnije i to mnie wkurza!

Jak to nie macie gdzie? Nie możecie remontować go u siebie, w porcie Czerniakowskim?
- Nie, bo nie jesteśmy tu u siebie, według miasta zajmujemy ten teren nielegalnie. Od 2007 roku występujemy o dzierżawę tych 260 metrów przy pochylni w porcie Czerniakowskim. Chcemy zalegalizować swój pobyt. Jesteśmy jedynym podmiotem zainteresowanym tą dzierżawą. W zeszłym roku znów dostaliśmy odmowę, ale dodatkowo została nam naliczona ponad 20-tysięczna kara. Dziś wykańcza się ludzi w białych rękawiczkach, doprowadzając do ruiny finansowej.
Zebraliśmy te pieniądze i udało się odroczyć decyzję, bo pani prezydent dostała 500 listów w naszej obronie i to była konkretna presja. Ale w tym roku znów nie dostaliśmy tej dzierżawy, za to propozycję przenosin na inny teren, kompletnie nie nadający się do działań kulturalnych i edukacyjnych. I znów, do 31 sierpnia mamy się wynieść z portu i zabrać sobie barkę Herbatnik do domu.
Nie zamierzam. Uważam, że są wartości, za które warto w tym miejscu polec. Bo to nie jest „działka inwestycyjna numer 1”, jak twierdzi miasto, ale zabytkowy teren portu, na którym żaden biurowiec czy apartamentowiec nigdy nie powinien powstać. Jeśli mieszkańcy mają się przybliżyć do Wisły, to tu powinny być ośrodki wodniackie, sportowe, rekreacyjne, port dla turystów, którzy przepływają przez Warszawę, Muzeum Wisły. To miejsce powinno służyć warszawiakom.

Nie może wam pomóc pełnomocnik pani prezydent do spraw Wisły? Istnieje przecież takie stanowisko w mieście.
- Sam o to przez dwa lata wierciłem dziurę w brzuchu naszym władzom. Że 2-milionowe miasto ma 30 km wielkiej rzeki, jest to obszar wielkości dzielnicy, a nie ma budżetu, ani żadnej jednostki, która by się nim zajmowała. I nie należy de facto do miasta, tylko do skarbu państwa, a miasto nawet tam nie zbiera śmieci. I że coś z tym trzeba zrobić. Pełnomocnik nie okazał się jednak człowiekiem na miarę tego stanowiska. Powiedział mi wprost: „Przemek, usuń się stąd, a damy wam żyć”.

Może ty powinieneś zostać pełnomocnikiem? Myślałeś o tym?
- Proponowano mi to stanowisko. Ale odmówiłem, bo nie mogę być jednocześnie pełnomocnikiem i szefem fundacji Ja Wisła, to są dwa różne światy. Chcę być osobą niezależną, nieskrępowaną w żaden sposób. Doszedłem do wniosku, że wolę wspierać takiego pełnomocnika, niż nim zostać.
Stosunki nam się popsuły, gdy został odrzucony nasz wniosek na realizację ścieżki edukacyjnej nad Wisłą, a potem pan pełnomocnik zaczął ją tworzyć na własną rękę. Zlecił pisanie tekstów na tablice edukacyjne, kiedy my mieliśmy je już gotowe. Wyrzucał pieniądze w błoto. A przecież mogliśmy to zrobić wspólnie, umieszczając na tych tablicach dwie syrenki: miasta i fundacji Ja Wisła. To się nazywa na szkoleniach ładnie „społeczeństwo obywatelskie”.

Edukacja to twoja pasja. Uczysz dzieciaki w szkołach. Mówią o tobie „pan od Wisły”. Wiedziałeś o tym?
- Nie, ale to miłe. Prowadzę też zajęcia na Zamku Królewskim, zatytułowane „Królewska rzeka Wisła”. To ogromna satysfakcja, w tym pokoleniu widzę jakąś nadzieję na zmiany. Ale to nie jest praca dla jednego Przemka Paska, tylko dla całego systemu edukacji, który żeby powstał musi mieć zaplecze np. w formie Muzeum Wisły na tej „działce inwestycyjnej numer 1”, gdzie będzie makieta rzeki od Baraniej Góry do ujścia Wisły, ryby w wielkim akwarium, pięknie wyremontowane wraki różnych jednostek. Bo nie ma sensu nosić do tych podstawówek laptopa ze zdjęciami Wisły. Te dzieciaki powinny tu przyjść, zobaczyć rzekę z bliska, wziąć udział w edukacyjnych warsztatach, zobaczyć łodzie, popływać nimi.
Gdyby była wola miasta, mogłyby tu powstać dzieła na miarę Muzeum Powstania Warszawskiego czy Centrum Nauki „Kopernik”.

A skąd ty się w ogóle wziąłeś nad tą Wisłą?
- Było to tak… Kiedyś znalazłem w domu w szufladzie dwie pieczątki, a na nich imiona i nazwiska moich rodziców i napis: „przewodnik turystyki kajakowej”. Byli zapalonymi turystami, więc od małego mnie i trzech moich braci mama zabierała na pontonowe wycieczki, spływy kajakowe, rajdy piesze po Lesie Kabackim czy Puszczy Kampinoskiej. Dla mnie to była normalna forma spędzania wolnego czasu. Bardzo lubiłem i do dziś lubię mapy, mogę przesiadywać nad nimi dniami, tygodniami, czytam je jak książkę. W podstawówce kolega sprzedał mi wędkę i zacząłem przesiadywać nad różnymi akwenami. Szybko mi się znudziły stawy pod Królikarnią, gdzie mieszkałem i zacząłem jeździć nad rzeki.

Sam? W podstawówce?
- Sam. Od początku byłem bardzo samodzielny. Chciałem zostać ichtiologiem. Ale mama się nie zgodziła, żebym poszedł do technikum ichtiologicznego pod Poznaniem i zdałem do zwykłego liceum. W między czasie skończyłem pracownię żeglarską w Pałacu Młodzieży – zdobyłem tam uprawnienia, pływałem różnymi łódkami, kajakami na długie dystanse, np. Bugiem wzdłuż granicy.
Potem studiowałem w pierwszej prywatnej szkole fotograficznej, pracowałem w reklamie. Założyłem własną firmę, ale przyszedł kryzys. Nie zauważyłem, jak w pewnym momencie stałem się osobą bezrobotną, bez środków do życia. Dopadła mnie depresja, nie wychodziłem z domu, było coraz gorzej, zredukowałem się totalnie.
I tak wróciłem nad rzekę i zacząłem się zajmować starą barką w porcie. Byłem strasznym introwertykiem, nie umiałem za bardzo rozmawiać z ludźmi. A na barkę zaczęli przychodzić warszawiacy, pytać, co to jest, skąd się tu wzięła. Musiałem im to wszystko opowiadać i tak to się zaczęło. Z osoby bezrobotnej w 2003 r. stałem się animatorem barki Herbatnik.
Ale tak naprawdę do dzisiaj jestem osobą bezrobotną, bez ubezpieczenia. Gdy w ubiegłym roku mój PiT opiewał na 5500 zł, to niemal z głodu nie umarłem.

Ale chyba warto? Chociażby dla tych ponad 500 listów do Hanny Gronkiewicz-Waltz. To nie były podpisy pod petycją, a bardzo osobiste historie. Czytałam na waszej stronie.
- Tak, to było niesamowite. Na przykład: „Mam 84 lata, przeżyłam Powstanie Warszawskie. Pani Prezydent, czy Pani wie, że nasza dzielnica leży nad Wisłą? Ja nie wiedziałam, dopóki nie przepłynęłam się łódką z fundacją Ja Wisła. Polecam Pani ten rejs, bo może się Pani dużo dowiedzieć o rzece, przepływającej przez nasze miasto”.

 
*Przemek Pasek (ur. 1972) - od 2005 r. prowadzi fundację Ja Wisła (www.jawisla.pl), z bazą w Porcie Czerniakowskim w Warszawie. 

16:43, kovalesku
Link Komentarze (5) »
piątek, 29 lipca 2011

W ciągu dnia był jeszcze spory chaos, ale teraz jest już pięknie. Długo oczekiwana przez nas Dolina Muminków zaczyna działać! Wpadajcie do parku przy Książęcej.

Zdjęcia: Kuba Atys/Agencja Gazeta

Dzień po... słucham Waszych relacji z Doliny. Rzeczywiście, niepotrzebnie organizatorzy ogłosili, że już będzie działać od południa, bo nie zdążyli i nie działała. Późnym wieczorem nie byłam, bo nie lubię takich tłumów. Ale co? Pewnie była masa ludzi, którzy po ciemku tłoczyli się tam z komarami i browarami. Ci, którzy narzekają, że nic się nie działo, nie wiem czego się spodziewali. Co się miało dziać? Głośna impreza w parku? Ja liczę na kameralne koncerty w weekendowe wieczory, ale chyba w ten otwarciowy to nie miało jeszcze sensu. I się nie napinam. Nic dotąd w tym miejscu nie było, moja noga tam nigdy nie zbłądziła, teraz są leżaki, pufy, całkiem dobrze wyglądający bar. Oby tylko był porządnie zaopatrzony, byle był porządek. Najbardziej mi się podoba Dolina Muminków w wersji ze zdjęć powyżej i chyba temu właśnie służy - bezpretensjonalnemu relaksowi, a nie imprezom warszawki. Najbardziej mnie wzrusza w UFO na przykład (które jest podobną inicjatywą) to, że widuję tam w ciągu dnia całe rodziny z dzieciakami, kąpiącymi się w basenie - pewnie z okolicznych bloków. I o to chodzi, żeby trochę milej się to lato w naszym mieście spędzało.

20:45, kovalesku
Link Komentarze (3) »
poniedziałek, 25 lipca 2011
 

Piszę te słowa lekko wzburzona, bo mimo że wakacje i hej ho przygodo, to jednak nie lubię z tymczasowego dworca wsiadać do pociągu w którym nie ma mojego wagonu. Też Wam się to często zdarza? Trzeba będzie zacząć tydzień od składania reklamacji. Super.

Wracam właśnie z długiego weekendu we Wrocławiu i nie tak łatwo zepsuć mi humor. Przetrwaliśmy czwartek i piątek, kiedy lodowaty wiatr zacinał non stop ulewnym deszczem, przetrwamy i to. Jak to dobrze, że celem naszej podróży był festiwal filmowy. Po prostu przez dwa dni nie wychodziliśmy z kina. No może poza jedną akcją pt. wypad do Renomy po kalosze i mocniejsze parasole. O naszym skrajnym umęczeniu tą pogodą niech świadczy fakt, że zostaliśmy w centrum handlowym na obiad. Nie dało się nigdzie ruszyć. Widok z okna naszego mieszkanka na smętną miejską plażę pogarszał tylko sprawę. Na szczęście w kinie mało mieliśmy pomyłek. Zarówno irański film otwarcia Nowych Horyzontów „Rozstanie”, „Code Blue” Urszuli Antoniak, jak i „Pina” Wima Wendersa nie zawiodły oczekiwań.

Kiedy w sobotę rano wyszło słońce, nasza radość nie miała granic. Zdjęliśmy wreszcie czapki, zimowe buty i grube rajtuzy, założyliśmy demonstracyjnie klapki, sukienki i przeciwsłoneczne okulary i umówiliśmy się w kawiarnianym ogródku z widokiem na budzącą się do życia plażę. No i zaczęliśmy coraz częściej wychodzić z kina. Za dużo czasu na zwiedzanie nie było, ale co nieco postaram się Wam polecić.

Generalnie mój wniosek z tego krótkiego pobytu w naszej Europejskiej Stolicy Kultury jest taki, że Wrocław tą stolicą kultury jest i to już teraz, a nie w planach na 2016 czy 2018 rok. Już są tu dwa liczące się festiwale filmowe, już we wrześniu odbędzie się tu Europejski Kongres Kultury w niezwykle atrakcyjnym rejonie Hali Stulecia, już możemy zwiedzać odrestaurowaną w 2010 r. synagogę. Więc gdy jeszcze w piątek na scenę przed pokazem „Piny” wyszedł dyrektor Wratislavia Cantans i wraz z Romanem Gutkiem zaprosił nas na 2013 rok do budowanej już przy pl. Wolności supernowoczesnej siedziby Narodowego Forum Muzyki, która służyć będzie również widzom festiwalu, był to cios w samo serce Warszawy.

 

Dworzec jest tu w budowie, ale to ogólnopolska tendencja. Mają zdążyć z modernizacją na Euro 2012, ale taksówkarze są sceptyczni.

 

Przez dwa dni lało non stop, więc spędzaliśmy czas: albo w kinie Helios, albo w sąsiedniej kluboksięgarniokawiarni Falanster, bukując seanse. Wszystko nam się tam bardzo, bardzo podobało, oprócz jedzenia;)

 
 

To, co lubię we Wrocławiu to to, jak w obrębie starówki mieszają się tam zabytki z ciekawą powojenną modernistyczną architekturą, neonami, liternictwem.

 
 
 
 

To mógłby być nasz Barbican, ale wymagałoby to ogromnych nakładów finansowych. Budynki projektu Jadwigi Grabowskiej-Hawrylak z lat 1963-73 na pl. Grunwaldzkim mają ogromny potencjał, ale są w fatalnym stanie.

 
 

Synagoga Pod Białym Bocianem z 1829 r., odrestaurowana w 2010 r. (ul. Włodkowica). Polecam wystawę - małą, zgrabną, multimedialną - o historii wrocławskich Żydów - wstęp wolny. Dość to perwersyjne, że na placu z którego w czasie wojny odchodziły transporty Żydów do obozów koncentracyjnych, dziś rozstawia się popularny kawiarniany ogródek. Ale to miejsce ma rzeczywiście wyjątkowy klimat. Polecam Mleczarnię na wczesny wieczór (uwaga! styl mocno krakowski).

 
 
 

Podwórka w sąsiedztwie kina Helios, z poprzemysłową architekturą, są dokładnie jak te na berlińskim Mitte. Już powstają tu klubokawiarnie, galerie. Najlepiej wygląda podwórko z klubem Szajba. To miejsce idealne na wieczory i noce - wypełnione neonami, bibelotami i meblami z lat 50., 60., 70. Tuż obok jest podwórko z Mleczarnią i synagogą. Jak jeszcze po sąsiedzku wybuduje się Narodowe Forum Muzyki, to ta okolica ma szansę stać się najgorętszym kulturalnym miejscem we Wrocławiu.

 
 
 
 
 
 
 

W jednym z tych podwórek na tyłach Heliosu trafiliśmy na dobrą wystawę Ane Lana „Są we mnie wszystkie kobiety świata" (Studio BWA, ul. Ruska 46a, do końca lipca, wstęp wolny). Ale szczególnie polecam inną fascynującą ekspozycję, towarzyszącą Nowym Horyzontom - „Przetrzyj oczy" w Galerii Awangarda (ul. Wita Stwosza 32, codziennie w godz. 12-20, wstęp wolny). Bardzo à propos festiwalu, bo o prehistorii kina. To fragment kolekcji Wernera Nekesa, który w latach 60. i 70. współtworzył niemieckie kino eksperymentalne. Są tu pierwsze poklatkowe fotografie ruchu, panoramy, teatry cieni, laterna magica, camera obscura - wynalazki z dalekiej przeszłości, poprzedzające powstanie kinematografu. Magia, optyka, paradoksy widzenia, sztuka iluzjonistyczna - wszystko to interesuje kolekcjonera, który zgromadził imponujący zbiór obiektów z XVIII i XIX w. 

 
 
 
 
 

Wro Art Center to niestety była strata czasu. Zupełnie martwe miejsce, na wystawie „Moving Stories" nie ma żywego ducha i wcale się nie dziwię. To instytucja, która promuje dość trudny gatunek sztuki, jakim jest eksperymentalne wideo, więc musi wykonać wysiłek wyjścia do widza. Mnie przywitała tam w informacji para młodych ludzi, w zasadzie nie przywitała, tylko omiotła wzrokiem pt. „po coś się tu napatoczyła". A na pytanie, co można zobaczyć, otrzymałam odpowiedź: wystawę. Super! Centrum Sztuki Wro polecam więc tylko tym najbardziej cierpliwym.

 

Renoma - fascynujący gmach, niestety wewnątrz bez życia, bo dobór sklepów nie jest tu do końca trafiony. Ale już część restauracyjna na 3. piętrze jest chyba najlepiej zaprojektowana z tych, które widziałam dotąd w centrach handlowych. Budynek przy ul. Świdnickiej 40 otwarto w 1930 roku, w 1977 został wpisany do rejestru zabytków jako sztandarowe dzieło europejskiego modernizmu. W latach 2005-6 w Pracowni Projektowej Maćków, londyńskim biurze Benoy oraz warszawskim biurze projektów ARUP, powstał projekt rewaloryzacji i rozbudowy Renomy, którego efekt możemy już podziwiać.

 
 
 
 
 

Hala Stulecia - dawno tam nie byłam i muszę przyznać, że jestem pod wrażeniem. Nie tylko samego budynku, którego wnętrza objawią nam się na nowo we wrześniu podczas Europejskiego Kongresu Kultury, ale całego otoczenia. Nawet fontanna multimedialna mi się tam podoba, bo jest po prostu na miejscu i ma odpowiednie tło: pergole, park, leżaki, restaurację z ogródkiem. Mamy tu jeszcze relaksujący ogród japoński z 1913 r., zrewitalizowany pięknie po ostatniej wielkiej powodzi. A to wszystko w odległości 15 minut jazdy tramwajem z centrum (1, 2, 4, 10). Już jest to turystyczny hit. Wrocławianie też chętnie spędzają tu czas całymi rodzinami, no bo fontanny grają co godzinę (świecą o godz. 21), a tuż obok jest jeszcze ogród zoologiczny.
Sama hala zaprojektowana została przez architekta miejskiego Maxa Berga i zbudowana w 1913 r. W 2007 UNESCO wpisało ją na listę światowego dziedzictwa.

 
 
 
 
 
 
 

Co we Wrocławiu w najbliższym czasie?

- do końca tygodnia trwa jeszcze Międzynarodowy Festiwal Filmowy Nowe Horyzonty. Wybierzcie się koniecznie! W piątek zagra tam Nick Cave z grupą Grinderman.

- 8-11 września - Europejski Kongres Kultury

- 15-20 listopada - American Film Festival

10:30, kovalesku
Link Komentarze (6) »
środa, 20 lipca 2011

Foto: Franciszek Mazur/Agencja Gazeta

18:58, kovalesku
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 17 lipca 2011
 

Jakoś tak wyszło, zupełnie przez przypadek, że w najbliższym czasie czekają mnie trzy krótkie wypady do miast kandydatów do tytułu ESK. Właśnie wracam z dwudniowego wyjazdu dla kulturalnych dziennikarzy do Gdańska. Za tydzień jadę na 3 dni do Wrocławia, na rozpoczęcie festiwalu Nowe Horyzonty. A na początku sierpnia po raz pierwszy w życiu odwiedzę Miasto Ogrodów. Powód? Off Festiwal.

W Gdańsku nie mają poczucia, że skoro przegrali, to coś się skończyło. Ludzie z biura ESK, artyści, animatorzy nie musieli nas specjalnie przekonywać, że zamierzają kontynuować to, co w ramach tych starań zaczęli. Byliśmy na osiedlu Zaspa, na wernisażu kolejnej odsłony festiwalu Monumental Art. Różnej jakości dzieła tam powstają (trzeba pamiętać, że artyści mają na malowanie zaledwie kilka dni, a ściany bloków są naprawdę monumentalne). Ale na ogół prace są dobre, a atmosfera doskonała. Twórcy z całego świata, dzieciaki z osiedla - oprowadzają, opowiadają o swoich muralach, jest muzyka, dużo śmiechu, ostre dyskusje z mieszkańcami, a na koniec sąsiedzki piknik.

Ludzie, którzy kreują tu artystyczne wydarzenia, tacy jak Piotr Szwabe czy Paweł Paulus Mazur z Monumental Artu w dużej mierze wywodzą się z offu, z alternatywy. Wspierani są przez miasto, ale też wiele miastu oferują, autentycznie zmieniając myślenie urzędników. Prezydent Adamowicz – ten sam, który wyrzucił kiedyś Anetę Szyłak z Łaźni i próbował zepsuć jej reputację, dziś przyznał się do błędu, przeprosił Anetę, zaangażował ją w działania na rzecz ESK, wspiera jej Instytut Sztuki Wyspa (miasto dało 2 miliony na dwie pierwsze edycje festiwalu Alternativa i 1,5 miliona na remont stoczniowej hali B90).

Malarka Iwona Zając przez cały miesiąc mieszka w przyczepie na pustej działce w centrum Sopotu, żeby przypomnieć niezwykle ważny dla kultury, a zburzony trzy lata temu bez zastanowienia budynek gazowni z początku XX wieku. Tu odbywały się plenery Akademii, mieściły się pracownie, zawiązało się Sopockie Forum Sztuki Współczesnej, teraz właścicielem terenu jest prywatna firma. Iwona na tej wąskiej parceli przy ul. Bitwy Pod Płowcami 31, w ramach imprezy Otwarty Kurort Kultury do końca lipca maluje, udostępnia ludziom przestrzeń do działania, prowadzi warsztaty dla mieszkańców Domu Seniora. Udowadnia, że nawet w ramach prezydencji można zaproponować skromne, ale robione z rozmysłem działania, nie wymagające w zasadzie nakładów finansowych. Mówi o sobie: jestem squotopunkiem.

Gdyby nie determinacja artysty Grzegorza Klamana ani nie zachowano by na terenie stoczni warsztatu Wałęsy, ani nie powstałaby tam Subiektywna Linia Autobusowa, na której pracownicy opowiadają turystom o stoczni, uświadamiając im wyjątkowość tego miejsca. Nie byłoby też wystaw, które w inny niż patetyczno-oficjalno-łzawo-narodowy sposób grają z tym kontekstem.

STOCZNIA! To jest taki temat, taka przestrzeń, że mogłabym tam spędzić tydzień i nie miałabym dość. Kopalnia ludzkich historii, orgia wizualnych i emocjonalnych doznań. To zakład pracy, w którym wciąż stoczniowcy budują statki (a w zasadzie już same ich kadłuby), mimo że załoga kurczy się niemiłosiernie (z 18 tys. pracowników zostało już pod zarządem ukraińskiej firmy tylko 4,4 tys.). Opowiadał nam o tym elektryk, pan Janek Kryger, który pracuje tu od 1968 r. i pani Aleksandra Olszewska ze sklepu z pamiątkami - legenda, która dba o plac przy głównej bramie, o kwiaty, znicze, zdjęcia.

Ale teren na którym toczy się produkcja to jedno. Jest jeszcze ogromny obszar stoczni, na którym praca już dawno ustała. To własność dwóch różnych inwestorów, którzy mają tu deweloperskie plany. Nie mogliśmy się nadziwić, jak miasto mogło wypuścić z rąk COŚ TAKIEGO!? To się w głowie nie mieści, bo cóż innego ma Gdańsk – to miasto bez właściwości – jak nie stocznię! Kto wymyślił, by budować nowy budynek Europejskiego Centrum Solidarności, zamiast zaadaptować na ten cel jedną z wielkich pięknych hal na terenie zakładu, a te 300 milionów przeznaczyć na rewitalizację terenu. Nie dość, że jest realne zagrożenie, że burzone będą tu kolejne zabytkowe budynki, to znikają nawet stoczniowe żurawie, rozbierane jeden po drugim i sprzedawane na złom. Ikony tego miasta! Protestują aktywiści skupieni na Facebooku na stronie Żuraw Stoczniowy.

Wyspa potrzebuje 1,2 mln. zł na wykup swojego budynku na terenie stoczni, który wynajmuje od obecnego właściciela – BPTO. Tyle jeszcze zostało do uzbierania. Organizuje aukcje na tę rzecz, gromadzi cegiełka po cegiełce. Trzeba im w tym pomóc. Miasto wynajęło Wyspie też na 6 lat sąsiednią, przepiękną halę B90 (9 tys. m. kw.). Aneta Szyłak i Grzegorz Klaman zaadoptowali jedno piętro – 3 tys. metrów - i zorganizowali tu w tym roku po raz pierwszy Międzynarodowy Festiwal Sztuk Wizualnych ALTERNATIVA, który trwać będzie do końca września. Można wejść przez bramę razem z pracownikami i zobaczyć kawał kultury tworzonej w odniesieniu do tego miejsca - wystawy, które mówią o sytuacji robotników, o polityce, wolności, o stoczni.

Ma na tym terenie powstać nowa dzielnica zwana Młodym Miastem. I jest to zupełnie wyjątkowy moment, w którym wszystko się kształtuje, może być jeszcze obmyślane i negocjowane. I robi to wiele podmiotów, które mówią innymi językami i mają trochę inne potrzeby. Zawiązała się nieformalna inicjatywa Pakt Dla Młodego Miasta (z udziałem firm, stoczniowców, organizacji, artystów, którzy mają na terenie stoczni pracownie, okolicznych mieszkańców) i zamierza podjąć to wyzwanie - konsultować decyzje, które będą miały wpływ na kształtowanie przestrzeni publicznej.
Aneta Szyłak: - To nie jest martwa dziura w środku miasta, do której się wchodzi i robi się, co się chce. Tu wszystko musi być negocjowane.

Grzegorz Klaman: - Miasto mówi, że to jest prywatne. Właściciele mówią, że miasto się nie interesuje. I tak piłeczka przeskakuje przez ostatnie 15 lat. Urzędnicy zainwestowali środki europejskie w rewitalizację Dolnego Miasta. Już wyznaczyli priorytety. Tylko że takie Dolne Miasto jest w każdym mieście. Poza tym tu była Solidarność, tu był Wałęsa, to jest doskonała marka. Czy to trzeba tłumaczyć?

Wniosek z naszego krótkiego pobytu w Gdańsku jest taki: urzędnicy, developerzy - nie burzcie, nie niszczcie, bo macie skarb! Zbudujcie wokół tego swoje nowe miasto!

 
Kiosk z pamiątkami przy bramie głównej...
...w którym pracuje pani Aleksandra Olszewska, jedna z najważniejszych osób
w stoczni. O twórcach Wyspy mówi: - Niech młodzi spełniają swoje marzenia

Grzegorz Klaman: - To stało osiem lat puste, nikt się tym miejscem nie interesował, a jednocześnie wszyscy pytali, gdzie pracował Wałęsa. Deweloperzy mieli ten budynek burzyć. Moim zdaniem to był bezsens, żeby tu budować biurowiec. Właściciele mówili, że w życiu się nie zgodzą, żeby w środku ich nowego budynku stała taka ohydna buda. Ale rok później już mówili, że wokół tego stworzą całą zabudowę i że to będzie jej najważniejszy element. Zachowując warsztat Wałęsy chciałem więc pokazać, że można bez manifestów politycznych, poprzez działania artystyczne w realny sposób zmieniać rzeczywistość. Na przykład to, jak będzie wyglądała zabudowa w tym miejscu.

 
 

Na 20-lecie Solidarności CSW Łaźnia przygotowało tu w 2000 r. wystawę „Drogi do Wolności”, m.in. z tą walącą się wieżą Tatlina - Bramą II, autorstwa Grzegorza Klamana, która miała być symbolem końca bolszewickiej utopii. Wywołała emocje. Paweł Huelle powiedział, że postawienie wieży Tatlina w kolebce Solidarności, to jak postawienie popiersia Goebbelsa w Muzeum Holokaustu.

Po prawej, za płotem, plac budowy Europejskiego Centrum Solidarności

Grzegorz Klaman: - Po wystawie „Drogi do Wolności” pomyśleliśmy: To dobrze, że artyści pracują wspólnie ze związkowcami i politykami nad pamięcią, ale niech mają w tym większy udział sami stoczniowcy. Tak narodziła się Subiektywna Linia Autobusowa. Bardziej od mainstreamowego przedstawiania historii interesowali mnie ci ludzie, którzy przepracowali tu pół życia.   

 
Nasz przewodnik - stoczniowiec Jan Kryger
 
 
Tu Wałęsa przeskoczył przez płot
 

Grzegorz Klaman: - Projekt Obóz Solidarność realizujemy w ramach polskiej prezydencji w Unii. Robimy go wspólnie z Nowym Teatrem Warlikowskiego. To są domki, w których trzymano sprzęt medyczny, robotnicy pili kawę, odpoczywali. Obecny właściciel wszystko tu czyści, wyrzuca na złom. Mój pomysł był taki, żeby tę przestrzeń, którą stoczniowcy sobie sami wydzielali, oddać artystom na ich mini-projekty (Kuśmirowskiemu, Sobczykowi). Obóz Solidarność będzie wędrował od Gdańska, przez Kijów, Brukselę, Mardryt, aż po miejsce gdzie powstanie Nowy Teatr w Warszawie. Co ciekawe, domki muszą zostać przycięte do rozmiaru 2,5 m, ponieważ takie są wymiary kontenera, z którym po Unii można podróżować. Pierwszą odsłonę robimy 25 lipca w Gdańsku.

 

Aneta Szyłak: - Zaczynaliśmy na terenie stoczni w 2004 r. od zera. Udało mi się zdobyć 30 tys. dolarów i 20 tys. euro z fundacji europejskich i amerykańskich. Tu były dziury w dachu, oknach, ruina. Nie dostawaliśmy publicznych pieniędzy od 2001 r. do ubiegłego roku. Zaczęliśmy rozmawiać dopiero przy okazji starań o organizację u nas Manifesta, potem to przeszło jakoś płynnie do ESK. Jest w tym też duża zasługa Ani Czekanowicz, która zajmuje się polityką kulturalną miasta.

Aneta Szyłak w hali B90
Główna siedziba ISW na terenie stoczni. To na jej wykup fundacja zbiera pieniądze
Klubokawiarnia w ISW. Działa tu też księgarnia

Aneta Szyłak: - Miasto się zastanawia, czy nie zainwestować w te budynki długoterminowo. To by wymagało negocjacji z właścicielami. Ale gdy sobie uświadomimy, że jesteśmy przy samej kolejce PKP, tuż nad kanałem Motławy, że można by tu dojść w 15 minut ze starówki, dopłynąć tramwajem wodnym, to trudno sobie wyobrazić lepszą lokalizację dla kulturalnej instytucji.

 
Hala B90, którą miasto wynajęło Wyspie na 6 lat od właściciela terenu
Wystawa Praca i Wypoczynek".
Zdjęcie z 1966 r. - pracownicy stoczni obserwują zaćmienie słońca
Transformer Mariusza Warasa, który służy też na wystawie
jako przestrzeń warsztatowa
Różaniec Jadwigi Sawickiej

Sopot. Iwona Zając: - W 1999 r. wykopali nas stąd, swój dyplom malowałam tu już na nielegalu. Kochałam to miejsce, ono mi się często śniło, napisałam nawet w latach 90. opowiadanie „Gazownia, moja miłość”. 

 
 
Z lewej Iwona Zając
 

Gdańsk Zaspa - Europejski Festiwal Malarstwa Monumentalnego trwa tu od 2009 r.

Mural autorstwa Dema z Włoch
 
Praca z 2010 r. Włocha Jacopo Ceccarelli aka 2501
2010 r. - dzieło Jacka Wielebskiego
Po prawej - szwedzki artysta Ekta, w tle jego praca (ta z czarną dłonią)
 
Po prawej: Prozak z Brazylii
Dzieło Prozaka
 
 
 

* Iwony Zając projekt GAZOWNIA MOJA MIŁOŚĆ w Sopocie przy ul. Bitwy pod Płowcami 31, do 31 lipca.

* Wystawy PRACA I WYPOCZYNEK oraz ESTRANGEMENT w ramach festiwalu Alternativa w Instytucie Sztuki Wyspa w Gdańsku, na terenie stoczni, do 30 września.

* Subiektywna Linia Autobusowa na terenie Stoczni Gdańskiej do 30 września, od wtorku do niedzieli, o godz. 11 i 14, bilety: 10 i 5 zł.

* Murale, które powstały ramach festiwalu MONUMETAL ART do oglądania na osiedlu Zaspa non stop.

14:06, kovalesku
Link Komentarze (1) »
środa, 13 lipca 2011

Albert Zawada wrzucił właśnie zdjęcia z Bródna. Podpisał je tak: Youssouf Dara i Paweł Althamer przy pracy nad projektem przystanku autobusowego:) Jedziemy!

 
 

Artystów można odwiedzać, pomagać im w pracy i oglądać wystawę zdjęć z wyprawy mieszkańców Bródna do Mali - w Piekarni Szwedka przy ul. Rzepichy 3 (dojazd autobusem 500 ze stacji metra Dworzec Gdański).

15:16, kovalesku
Link Dodaj komentarz »
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 39
| < Kwiecień 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
          1 2
3 4 5 6 7 8 9
10 11 12 13 14 15 16
17 18 19 20 21 22 23
24 25 26 27 28 29 30
Zakładki:
Agnieszka Kowalska
Co Jest Grane?
Moje rozmowy
Polecam
Zrobiłam to z Kossakiem

Gazeta.pl Warszawa

Gazeta.pl Warszawa

Gazeta.pl Warszawa