RSS
czwartek, 17 listopada 2011

Dziś myślałam o tej miernocie czekając nocą na autobus na pl. Konstytucji i obserwując, jak daje po oczach agresywna reklama Samsunga, którą tak tu zachwala. Poproszony na spotkanie po to, żeby powiedział czy miasto ma jakiś pomysł na ratowanie starych neonów, snuł ten swój nudny wykład, który miał udowodnić, że współczesne reklamy bywają równie wartościowe, jak te neony. I taki niby cichy, niemrawy ten nasz urzędniczyna od miejskiej estetyki, a z jaką pasją zaatakował szefową wspólnoty mieszkaniowej z pl. Konstytucji 5! Pani Joanna Peters powiedziała kilka mądrych i odważnych słów o tym, jaką gigantyczną robotę obywatele wykonują za urzędników (dla niecierpliwych - 23:44 minuta nagrania). A on jej na to, że władza wszystkiego za mieszkańców nie załatwi. Jak widzę taką urzędniczą butę, to mi skacze normalnie ciśnienie.

Ps. Aha. Ostatnio zasłynął też silnym lobbingiem za pomnikiem na pl. Grzybowskim. Zdecydowanie jeden z nieodgadnionych fenomenów stołecznego ratusza.

Życie neonów: Wystąpienie Tomasza Gamdzyka. from Muzeum Sztuki Nowoczesnej on Vimeo.

00:02, kovalesku
Link Komentarze (3) »
środa, 16 listopada 2011

Stanęło póki co na tym, że próbuję się umówić na przyszły tydzień na wywiad do Pani Prezydent. Jak już będę znała termin - zgłoszę się do Was po sugestie pytań. W ramach przygotowań dostałam od przyjaciela link do wywiadu z Klausem Wowereitem - burmistrzem Berlina. A ponieważ z niemieckim u nas nie za dobrze, więc rozmowę streściła nam Małgorzata Ławrowska, dyrektor Fundacji Współpracy Polsko-Niemieckiej. Cytuję poniżej:

„Generalna teza wypowiedzi Wowereita jest taka, że kultura i oświata mogą być sferą, która nie tylko potrafi sama na siebie zarobić, ale i wygenerować zysk: roczne nakłady władz miasta na kulturę to ok. 400 milionów euro plus ok. 500 milionów ze strony dzielnic, co generuje wpływy z podatków w wysokości ok. 1 miliarda euro oraz 1,8 miliarda euro wpływów z branży turystycznej.
Ważna jest spójna i konsekwentna strategia, która doprowadziła do przekształcenia Berlina w miasto z bardzo atrakcyjną ofertą kulturalną: dbałość o dziedzictwo pruskie, zabytki okresu Republiki Weimarskiej, poprzez miejsca pamięci związane z dyktaturą nazistowską i historię miasta z okresu jego podziału. Również przy wsparciu środków federalnych. Z drugiej strony miasto inwestuje w instytucje prezentujące sztukę współczesną, takie jak Hamburger Bahnhof. Są specjalne fundusze miasta na działania w tej sferze.
Przyjazna polityka miasta, atrakcyjne programy stypendialne ściągają nie tylko turystów, ale i tworzą przyjazną atmosferę (również niskie koszty utrzymania, prowadzenia pracowni) dla przyjeżdżających do Berlina znanych artystów i twórców. Dlatego uchodzi on dziś za „mekkę sztuki nowoczesnej”. Kampanie, które prowadzi Berlin za granicą również koncentrują się na ofercie kulturalnej.

Jeszcze ode mnie (pisze pani Małgorzata): sukcesem Berlina jest też to, że stworzył korzystne warunki dla ważnych instytucji sfery kultury, które zaczęły przeprowadzać się do Berlina (z Kolonii, Hamburga itp.). Wiele wydawnictw (113), prywatnych galerii przenosi się do Berlina (są jednak obawy, że jest tu za mało kapitału prywatnego, który nakręca rynek kolekcjonerski). Berlin ma obecnie 167 muzeów, 25 publicznych i prywatnych teatrów, 7 orkiestr. Wowereit kreuje nowe wydarzenia, takie jak targi mody (od kilku lat i odnosi sukces, bo ściąga coraz więcej młodych projektantów do miasta). Szczególnie hołubione są też przez niego Berlinale i Berlińskie Biennale.”


* Na zdjęciu Jacka Łagowskiego: Hanna Gronkiewicz-Waltz i Klaus Wowereit na Krakowskim Przedmieściu podczas otwarcia wystawy „20 lat wolności w Europie”

15:40, kovalesku
Link Komentarze (1) »

PiS zapowiada akcję prześwietlania dotacji przeznaczonych na lokal Nowy Wspaniały Świat? W tej sprawie mam do powiedzenia tylko tyle: jak dobrze, że PiS nie jest u władzy i póki co nie grozi nam powtórka z Le Madame. Postępowanie konkursowe na ten lokal było otwarte i jawne, Fronda też mogła się zgłosić. I niech śródmiejscy radni PiS-u się nie kompromitują i nie marnują naszego czasu. Bo rokrocznie Stowarzyszenie im. S. Brzozowskiego publikuje szczegółowy raport ze swojej działalności. Istnieje też w naszym mieście coś takiego jak internetowa księga dotacji, w której można sprawdzić kto otrzymał jakie dotacje, a jakich nie otrzymał. Nie trzeba tu żadnych wielkich akcji i detektywistycznych umiejętności radnego Macieja Wąsika. Jeśli o tym nie wiedział, a wszystko na to wskazuje, to niech lepiej zajmie się pracą i dokształcaniem, a nie biciem piany. 

12:44, kovalesku
Link Komentarze (4) »
wtorek, 15 listopada 2011

Zanim wcielę w życie mój projekt, umownie zwany „Kowalska się pyta” (chodzi o to, że ten Kowalski przeciętny pyta Panią Prezydent) jeszcze pewnie trochę czasu minie. Bo to trzeba zrobić porządnie: zainteresować redakcję, żeby odpowiednio rzecz w Gazecie wyeksponowała i dział internet, żeby stworzył system do zamieszczania przez czytelników pytań. Mam nadzieję, że starczy mi mych wątłych sił i że się uda.
Na szczęście są w mieście jeszcze inne projekty, które trzymają mnie przy życiu i pracy...

Skwer Sportów Miejskich STADION SIEDMIOLECIA - pamiętacie - nie ma innej opcji, żeby się na Euro 2012 przy Zielnej nie zbudował! Jest przychylność urzędników, sąsiadów, są zainteresowani sponsorzy, m.in. Coca-Cola, która chce sprowadzić na Stadion „swoje” gwiazdy miejskich sportów i nakręcić filmowy materiał o Warszawie (podobnie zrobili np. w Mexico City, a filmik z tego miasta miał tysiące odsłon w sieci). Budżet inwestycji w porównaniu do potencjalnych społecznych i promocyjnych korzyści dla miasta jest śmiesznie mały - potrzeba zaledwie 1,9 mln. zł.
- Poznajcie ekipę twórców Skweru - polecam Wam filmiki z ich wypowiedziami...
- Ruszyła też właśnie podstrona www.skwer.eu/skorzystam, na której można wyrazić swoje poparcie dla Stadionu Siedmiolecia (mogą to zrobić zarówno osoby indywidualne, jak i firmy czy organizacje) oraz napisać, w jaki sposób zamierzamy z niego korzystać. Zróbcie to koniecznie, bo to może zdecydować o dalszych losach tego projektu - przekonać nowego ministra sportu czy sponsorów do jego sfinansowania.    

No i moje kolejne warszawskie słońce, czyli Przemek Pasek i Fundacja Ja Wisła. Próbują jakoś przezimować. Więc koniecznie zaproście Przemka na wykład do szkoły Waszych dzieci. On genialnie opowiada o Wiśle, naprawdę warto. Koszt godzinnej lekcji to 150 zł. Rezerwacja terminów telefonicznie: 503 099 975. Niech rośnie nowe pokolenie lokalnych patriotów.

18:56, kovalesku
Link Dodaj komentarz »
sobota, 12 listopada 2011
 

Co prawda nikt się o tego bloga ani o moją pisaninę nie upomina, ale tak łatwo się mnie nie pozbędziecie, kochani!:)
Wasze otępienie kładę na karb jesiennej deprechy i apatii, która i mnie z dużą siłą dopadła. Domyślacie się dlaczego - całe te boje o dostęp do informacji publicznej, całe to kompromitujące ESK, z którego nikt nadal nie zamierza się rozliczyć. Rozczarowujące i zniechęcające. Skompromitowani urzędnicy, którzy wciąż są na swoich stanowiskach. Dlaczego? Bo Platforma jest tak bardzo pewna siebie, tak pewna wygranej w każdych kolejnych wyborach, że uważa, że nic już nie musi - tłumaczyć się z czegokolwiek, rozliczać, dotrzymywać obietnic, a nawet zauważać tych brzęczących gdzieś z dala od Ratusza obywateli. Zaczęłam się zastanawiać, czy to, co robię, ma sens: czy Wy tak naprawdę chcecie wytrącać ich z tego bezpiecznego rozleniwienia i wreszcie - czy oni z takimi lokalnymi dziennikareczkami w ogóle się liczą.

Przestałam pisać. Pierwszy raz mi się to zdarzyło, że przez tydzień nie mogłam wykrzesać z siebie jednego zdania. Aż moja szefowa - Dorota - widząc jak siedzę bezczynnie przy klawiaturze i gapię się w ekran powiedziała: - Weź wolne, musisz odpocząć. - Odpocząć? - pomyślałam. Ale od czego??!! No nic, postanowiłam kolegów nie drażnić i zamknęłam się w domu. Przeczytałam zaległą książkę Houellebecqa, zjadłam tonę kluch i ciepłych pączków z Chmielnej, obejrzałam po raz kolejny moje ulubione absurdalne filmy z „Eagle vs Shark” na czele oraz całą paletę dostępnych w internecie dokumentów o buntownikach w stylu Kurta Cobaina i Iana Curtisa, którzy swoje próby zmieniania świata zakończyli samobójstwem. Jak się domyślacie - nie pomogło.

Aż wreszcie - bingo! Wiedziałam, że on mi jest potrzebny! Na końcu mojej listy dostępnych w sieci filmów widniał jeszcze Michael Moore i Slacker Uprising. Captain Mike Across America” (Pobudka obiboków) - zapis jego wysiłków w trakcie kampanii wyborczej w USA w 2007 r., które miały zachęcić młodych do głosowania i nie dopuścić ponownie do wyboru Busha na prezydenta. Po tekście Wojewódzkiego we „Wprost”, wystąpieniu Kutza w Senacie, po raz kolejny powiedziałam sobie: tak, to mój człowiek! To szaleństwo, błyskotliwość, odwaga konfrontowania się z całymi stadionami ludzi, to poczucie humoru wyrwały mnie z odrętwienia. I wpadłam na pewien pomysł. Możecie go uznać za równie utopijny i szalony, ale jeśli to kupicie - spróbuję.

To PYTANIA DO PP Hanny Gronkiewicz-Waltz. Bardzo spodobało mi się to, co zrobił Marcin Meller zapraszając Donalda Tuska do swojego śniadaniowego programu w TVN24. I to, że Tusk na to przystał i odpowiadał na te wszystkie pytania - ludzi kultury i zwykłych widzów.
Ja też chcę być jak Marcin!:) Zaproponuję Pani Prezydent taką formułę - spotkanie, powiedzmy raz na dwa tygodnie, na godzinę, podczas którego zadawać jej będę pytania - od siebie i od mieszkańców. Umieszczaliby je w internecie, na uzgodnionych wcześniej zasadach (bez żadnych chamskich ataków). Ale mogliby pytać o wszystko - od braku wind do podziemi przy rondzie Dmowskiego po zamieszki podczas Święta Niepodległości. Chciałabym w ich imieniu zadawać je Pani Prezydent, bo jestem ciekawa jak sobie z nimi poradzi. A potem drukować to wszystko w Gazecie.

To może być zabawne i pouczające, taki nasz mały test z demokracji. Już samo umieszczanie i czytanie tych pytań od konkretnych ludzi w takim internetowym Hyde Parku będzie bardzo ciekawe. Próbujemy? Bo jak mówi na końcu wspomnianego filmu Michael Moore (i to do mnie przemawia): - Nie ma łez w polityce! Weźcie się w garść! 

23:16, kovalesku
Link Komentarze (10) »
czwartek, 10 listopada 2011
 

Na szczęście jeszcze o tydzień ta wystawa została przedłużona, bo bałam się, że zobaczę ją w ostatniej chwili i już nie zdążę Wam zarekomendować. Rzecz się dzieje w siedzibie Piktogramu w Soho Factory na Mińskiej 25 i nazywa się „Berlegustopol”.

Ta wystawa jest jak jej tytuł - totalny miks. Ma trzech bohaterów, pozornie tylko bardzo od siebie odległych (czasowo i geograficznie). To nasi ludzie z Fontarte - Magdalena i Artur Frankowscy; młody brazylijski projektant Yomar Augusto oraz klasyk - Henryk Berlewi. Łączy ich bardzo pokrewny sposób myślenia, który wykracza znacznie poza ramy tradycyjnie rozumianej grafiki użytkowej i który bardzo czujnie został na tej wystawie uchwycony. U nich krój liter zaczerpnięty z ulicy może trafić zarówno na plakat, który w limitowanej edycji pokazywany będzie w ważnym muzeum, jak i na okładkę książki czy produkowany masowo T-shirt. Tradycja awangardy, codzienne doświadczenie życia w mieście, sztuka najnowsza - wszystko to intrygująco miesza się w ich twórczości i na tej wystawie.

Mamy tu książkę o Berlewim, autorstwa Frankowskich, jego prace z ich prywatnej kolekcji, nowy font Fontarte Berlewi. I takich linków jest znacznie więcej. Yomar Augusto, choć Berlewiego pewnie wcześniej nie znał, albo znał słabo, stosuje podobne rozwiązania - np. ażury z jego projektu okładki winylowej płyty przypominają te ze stojącej obok transparentnej rzeźby Berlewiego z 1962 r. Współpracuje z firmą modową z Tokio, której ubrania pokazywane są na wystawie, a obok nich wiszą tuniki polskiej marki ZUO Corp z nadrukiem Fontarte.
Brazylijczyk pracuje dla przemysłu reklamowego - zaprojektował m.in. font dla Adidasa na mistrzostwa świata w piłce nożnej w RPA. Berlewi też prowadził w Warszawie, na Senatorskiej, firmę reklamową Reklama-Mechano.
Yomar jest kaligrafem, większość jego projektów to są unikaty. Robi swoje książki artystyczne, pamiętniki, notesy, na starych papierach i mapach. Zestawione tu zostały z ręcznie malowanym szkicem Berlewiego.

Sam klasyk pojawia się na słynnej fotografii, dokumentującej jego pierwszą mechanofakturową wystawę z 1924 r. w warszawskim salonie samochodowym Austro-Daimlera. Jest też kilkadziesiąt lat później - w 1962 r. - na zdjęciach Edwarda Hartwiga (pozował do nich wraz z modelkami, ubranymi w sukienki w op-artowe wzory przez niego zaprojektowane). Są oryginalne w formie katalogi wystaw Berlewiego; prace portretowe, które w celach zarobkowych musiał wykonywać we Francji; dzieła sztuki, które szły w miasto.

Widzimy nie tylko jak cytują go inni, ale też jak on sam siebie kopiował i cytował. - Interesowało mnie, w jaki sposób awangardowa teoria i praktyka weszły w kontakt z merkantylną rzeczywistością, w real life - mówi jeden z kuratorów wystawy Michał Woliński. Nadał jej podtytuł „show/shop/workshop”. Artyści prowadzili na niej warsztaty; trochę jak w hurtowni sztuki wyeksponowane i sprzedawane są tu plakaty, ubrania, książki. Prace mieszają się, nie są podpisane. - Przecina się tu sztuka przez duże „s” - awangardowa, muzealna - z brutalną rzeczywistością - komercją, modą, grafiką użytkową - mówi Woliński i dodaje: - Dla mnie nie ma znaczenia, czy ktoś siebie nazywa artystą czy nie, ale w jaki sposób sztuka wchodzi w mięcho życia.

 
 
 
 
 
 

* Kuratorzy wystawy: Agnieszka Pindera i Michał Woliński. Można ją oglądać w przestrzeni Piktogram/BLA w Soho Factory do 19 listopada (oprócz tego piątku, 11 listopada, i poniedziałku), w godz. 12-19 (w sobotę w godz. 11-15), wstęp wolny. 

23:01, kovalesku
Link Komentarze (1) »
wtorek, 08 listopada 2011
 
19:08, kovalesku
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 01 listopada 2011
fot. Jacek Piotrowski/AG, Krzysztof Pacholak

To najbardziej znaczące podsumowanie sezonu teatralnego w Polsce. Miesięcznik „Teatr” jak co roku zaprosił na swoje październikowe łamy najważniejszych krytyków, by wskazali „najlepszego, najlepszą, najlepszych w sezonie 2010/2011”. Wśród kategorii znalazł się również „największy skandal sezonu”. Myślicie, że króluje tu Grażyna Szapołowska, która wybrała telewizyjne show, nie pojawiając się na spektaklu „Tango”, w którym grała w Teatrze Narodowym? Mylicie się. Poza jak zwykle fascynującym wskazaniem Temidy Stankiewicz-Podhoreckiej z „Naszego Dziennika”, która skandalem sezonu nazywa „Naszą Klasę” Tadeusza Słobodzianka w Teatrze na Woli („hańba dla polskiej kultury i zagrzewanie do nienawiści wobec Polaków”), niemal wszyscy recenzenci wymieniają politykę teatralną naszego miasta. Szapołowską w kategorii skandal roku dogonił Marek Kraszewski.

Jacek Cieślak („Rzeczpospolita”) typuje: „Zarządzanie stołecznymi teatrami”.
Łukasz Drewniak („Przekrój”): „Niejasne procedury wyłaniania dyrektorów scen polskich, ze szczególnym uwzględnieniem scen warszawskich”.

Agnieszka Rataj („Życie Warszawy”): „Polityka teatralna biura kultury m.st. Warszawy”.

Aneta Kyzioł („Polityka”): „Kondycja warszawskich teatrów - ale to już raczej norma niż skandal”.
Jacek Sieradzki („Dialog”): „Marek Kraszewski, urzędnik magistracki, odpowiedzialny za dziś i przyszłość stołecznych scen, autor licznych bezsensownych decyzji personalnych, a co najgorsze, facet, który nie widzi powodu tłumaczyć się z nich swoim chlebodawcom - warszawskim podatnikom”.

Proponuję więc dopisać do tegorocznego podsumowania miesięcznika „Teatr” post scriptum - jeszcze jedną kategorię: „najbardziej oczekiwana dymisja sezonu”.

22:41, kovalesku
Link Komentarze (2) »
sobota, 29 października 2011
 

Nasze podwórko na szczęście jest cudowną odtrutką na syf sąsiedniej ulicy Chmielnej (mówię tylko o estetyce, bo wiele mam tam ulubionych sklepów i knajpek - właśnie zajadam sajgonki od naszych stadionowych Wietnamczyków). Ale w zaciszu podwórka przy Szpitalnej 8 robi się naprawdę pięknie. Powoli zasiedla się Fabryka Czekolady - zmodernizowany budynek, w którym mieściła się od 1894 r. pierwsza wytwórnia czekolady Emila Wedla, zanim otworzył w latach 20. XX w. nową, większą na Kamionku.

Pierwszy na naszym podwórku pojawił się sklep Red Onion. Na Burakowskiej też go lubiłam, ale zapamiętałam (może dzięki lekkiemu przechyłowi w stronę orientu, jaki miał w Fabryce Koronek) jako dość mroczne i przytłaczające miejsce. Tu jest zupełnie inaczej. Sklep jest wielki, jasny, a dobra tu tyle, że można oszaleć - przybory kuchenne (m.in. Nigelli), meble Vitry, mnóstwo zabawek dla dzieci, lampy, notesy Moleskine, kubki Mikołaja Długosza. Są nawet albumy i płyty, no i co się bardzo chwali - dodatkowy kącik kawiarniany, z dużym wspólnym stołem i miejsce zabaw dla dzieci. Polecam, gdybyście szukali oryginalnego prezentu. Obok wprowadza się powoli kolejny sklep z designem - Pies czy Suka. Nie mogłam chcieć więcej.

 
 
A tu na dole urządza się Pies czy Suka
13:32, kovalesku
Link Komentarze (5) »
piątek, 28 października 2011
 

Instalacja Ryana Gandera Really Shiny Things That Don’t Mean Anything zostanie na Trybunie Honorowej do końca marca 2012 r.

21:33, kovalesku
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 27 października 2011
 

„DailyMail” przy swoim tekście o usunięciu pracy „Berek” Artura Żmijewskiego - artysty - z wystawy Andy Rottenberg w berlińskim Martin Gropius Bau zamieścił zdjęcie Artura Żmijewskiego - aktora. To jest piękne, w kontekście „Mszy”, którą Artur Żmijewski - artysta - przygotowuje właśnie na scenie Teatru Dramatycznego (spektakle w sobotę i niedzielę). Przenosząc mszę świętą na deski teatru Artur Żmijewski - artysta - wielokrotnie odwołuje się do Artura Żmijewskiego - aktora, mówiąc, że religijny rytuał i pobożnościowy język jest już wszędzie - w kinie, w sztukach plastycznych, w telewizji publicznej, która transmituje msze święte i emituje seriale tj. „Ojciec Mateusz” z Arturem Żmijewskim - aktorem - w roli księdza supermana, w ten sposób wypełniając swoją misję. Nie ma jej tylko w teatrze. - Teatr jest zapóźniony, pozwólmy mu doszusować do awangardy - mówi Żmijewski - artysta. Przyglądałam się dziś próbie i było to mocne doświadczenie. Na całą „Mszę” idę w niedzielę.

21:00, kovalesku
Link Dodaj komentarz »
środa, 26 października 2011

Bemowo już buduje Skwer Sportów Miejskich. Teraz czas na realizację tego projektu w Śródmieściu, na skwerze przy Zielnej. Skwer Sportów Miejskich Stadion Siedmiolecia to wspólne przedsięwzięcie Forum Rozwoju Warszawy, Stowarzyszenia Polska Młodych i świetnych warszawskich architektów (z pracowni MOKO Architects, WWA Architekci, KAPS Architekci, BUDCUD i Centrala). Kibicuję mu od początku. Bo to oddolna inicjatywa, pierwsza na taką skalę w Warszawie, bo łączy pokolenia, a dzieciakom uprawiającym sporty daje wreszcie dobrze zaprojektowaną, efektowną przestrzeń.

Inicjatorzy zrobili już wszystko, co trzeba. Jest dokładny projekt, jest kosztorys - 1,8 mln. zł (mniej niż planowany pomnik na pl. Grzybowskim), poparcie burmistrza Śródmieścia, przeprowadzone konsultacje z mieszkańcami okolicznych bloków (67 proc. poparcia), jest komercyjny sponsor, zainteresowany częściowym finansowaniem projektu. Teraz potrzebne jest tylko zielone światło od władz miasta i wsparcie finansowe (może również Ministerstwa Sportu).

Bylibyśmy idiotami, gdybyśmy przegapili taką szansę na promocję miasta. Ten Stadion trzeba po prostu na Euro 2012 zbudować, żeby Warszawa mogła się czymś oryginalnym (a nie tylko Stadionem Narodowym i strefą kibica) pochwalić. Zwłaszcza, że to cudo można wybudować w 4 miesiące. Dziś odbyła się w tej sprawie konferencja prasowa w Muzeum Sztuki Nowoczesnej, które też wspiera ten projekt. Teraz musimy lobbować i naciskać, gdzie się da. Do roboty!

* Więcej informacji o Skwerze Sportów Miejskich STADION SIEDMIOLECIA tutaj...

11:13, kovalesku
Link Komentarze (4) »
niedziela, 23 października 2011

Polecam Wam bardzo wystawę ukraińskiego designu na festiwalu Łódź Design. Po tej rozmowie z kuratorką Ksenią Kaniewską zapragnęłam pojechać na Ukrainę. Planuję już taką podróż na kolejne wakacje. Rozmowa (w nieco skróconej wersji) ukazała się w sobotę drukiem w Wysokich Obcasach.


proj. Oksana Szmygol

Ksenia? Jesteś Ukrainką?
- Mam tam część rodziny - w Kijowie, Odessie. Rodzice zdecydowali, że tak mam mieć na imię i teraz czuję tę odpowiedzialność kultywowania pamięci. 
Niemal cała rodzina ze strony mamy to byli artyści. Dziadkowie, pradziadkowie hulali nad Morzem Czarnym, malowali. Dziadek, ojciec mamy, non stop zanosił do urzędu patentowego swoje pomysły. Stryjeczny pradziadek projektował sanatoria w Ałupce na Krymie, jeszcze w XIX wieku, i one stoją tam do tej pory.
No a teraz ja pracuję w „Elle Decoration” i robię wystawę designu, a mój brat jest projektantem.

Jeździliście na Ukrainę, gdy byłaś mała?
- Tak, do ciotki do Odessy i spędzaliśmy wakacje w pobliskiej wiosce rybackiej Czernomorce, w domku na skarpie z widokiem na morze. Spaliśmy na dworze, nad nami wisiały kiście winogron, łowiło się ryby, suszyło na słońcu. Nie trzeba było myśleć o chodzeniu do sklepu po jedzenie. Dla nas to był raj na ziemi.

Wracałaś tam potem?
- Byłam kilkakrotnie w Odessie. Ale raczej wybierałam bardziej dzikie miejsca, podróże bez planu.
Na trzydzieste urodziny - a miałam wtedy ciężki moment w pracy i w życiu prywatnym - postanowiłam, że zrobię sobie taki prezent - wsiądę w samochód i pojadę na Ukrainę. Wzięłam książkę Tarasa Prochaśki „Niezwykli” i ruszyłam do miejsc, o których pisał. A jest to książka na poły rzeczywista, na poły fantastyczna. W dniu moich urodzin wjechałam na granicę. Celnicy nie mogli tego zrozumieć - jak to: są pani urodziny, a pani wyjeżdża? A gdzie rodzina, gdzie prezenty? Obiecałam, że wyślę im pocztówkę z Iwanofrankowska. Wysłałam.
Po powrocie zrobiłam książkę z migawkami z tej drogi. Pięć egzemplarzy. Jeden dałam Prochaśce, drugi dostała Natalka Śniadanko.

Ukraina przewijała się też przez całe twoje studia.
- Najpierw była historia sztuki, studiowałam XVIII-wieczne rzeźby z terenów obecnego polsko-ukraińskiego pogranicza. I już wtedy spotkałam się z przeszkodami. Bo o ile u nas dosyć łatwo jest pójść do parafii i grzebać w dokumentach rosyjskich, łacińskich, o tyle tam wciąż stanowi to problem. Słyszałam: nie może pani się czymś innym zająć? Po co to pani w ogóle? To mnie zmobilizowało. Postanowiłam nauczyć się języka na takim poziomie, żeby nie dało się mnie tak łatwo zbywać.

Nie dajesz się, prawda?
- Większość moich projektów bierze się z wkurzenia. Natalka Śniadanko - młoda ukraińska pisarka - napisała wspaniałą książkę. Została przetłumaczona na polski, wydana i cisza. Zadzwoniłam do wydawnictwa i pytam: a gdzie jest promocja? Skontaktowałam się z nią, zorganizowaliśmy spotkanie z czytelnikami.
Koniec grudnia 2010. Aresztowania na Białorusi. Z moją przyjaciółką muszę się spotykać w Polsce albo gdzieś w Europie, ponieważ ona jest Białorusinką, mieszka w Stanach i nie może przyjechać do swojego kraju, bo pan, który się ogłosił po raz kolejny prezydentem, nie akceptuje, że jego obywatele po naukę wyjeżdżają za granicę. I znowu taki bunt, impuls, że muszę coś zrobić. Zorganizowaliśmy wieczór poetycki niezależnej literatury białoruskiej.
Jestem przekonana, że nawet pojedynczy człowiek może coś zdziałać.

Wkurza cię, że Europa zbudowała na naszej wschodniej granicy taki mur? Że nawet my nie wiemy, co dzieje się u naszych sąsiadów?
- Właśnie. Postawiłam sobie taki cel, żeby pokazać Zachodowi, ile tracił, zamykając się na Wschód. To taka moja prywatna walka z zachodocentryzmem.

Współpracuję z Łódź Design Festival, który cieszy się rangą europejskiej imprezy. Dlaczego Białoruś i Ukraina są pomijane? Rozmawiałam o tym z organizatorami i rok temu doszli do wniosku: dobrze, spróbujemy. Wtedy wydawało mi się, że to będzie sto razy łatwiejsze...

Co okazało się tak trudne?
- Procedury, logistyka przewiezienia prac i projektantów przez granicę. Musiałam im wysłać zaproszenia, do każdego lokalnego konsulatu napisać, że taka wystawa na pewno się odbędzie, żeby im wydali wizy.
Pytałam projektantów, jak zazwyczaj przewożą swoje prace. Okazuje się, że ładują po prostu do bagażnika, a na granicy mówią: no co, wiozę lampę. Ale ja wszystko od początku do końca muszę załatwić zgodnie z procedurami. Muszę i chcę, żeby pokazać, że można.

Jak szukałaś projektantów?
- Uruchomiłam wszystkie moje kontakty - z gazet, uczelni, organizacji. No i oczywiście Internet. Chociaż kiedy w wyszukiwarkę wpisujesz „ukraiński design”, to wyskakuje albo rzemiosło artystyczne, rękodzieło, albo moda - często robione w Chinach ukraińskie projekty.
Bardzo trudno do tych ludzi dotrzeć. Większość nie ma swoich stron internetowych.

Wydziały wzornictwa są pewnie dobrym tropem?
- Jest bardzo prężnie działający uniwersytet charkowski. Tamtejszy promdesign - wydział wzornictwa przemysłowego - za rok obchodzić będzie swoje 50-lecie. Żaden projekt nie kończy się u nich tylko rysunkiem. Na każdy konkurs studenci muszą wykonać gotowy produkt. Od początku do końca. Nauczeni są, że designer musi być malarzem (projekty rysują akwarelami), a jednocześnie inżynierem i rzemieślnikiem.

Czy widać ich projekty w przestrzeni publicznej?
- Niestety nie, Ukraina w ogóle nie jest zainteresowana swoimi projektantami, przedsiębiorstwa też. To się wszystko dopiero zaczyna dziać. U nas już wiele firm współpracuje z młodymi designerami. Organizują konkursy, których nagrodą jest wdrożenie projektu albo zaproszenie na staż. Tam czegoś takiego nie ma. Sprzedają się albo bardzo drogie marki, o jakich nam się nie śniło, albo masówka - bardzo konserwatywne meblościanki.

Rezygnują po studiach?
- Nie, sami szukają kontaktów. Śledzą w Internecie, co się dzieje, odkładają pieniądze i jadą do Mediolanu, Paryża. Często jest tak, że zachodnia firma zaprasza ich do współpracy, chce zorganizować prezentację dla swoich pracowników, a oni na dwa dni przed wyjazdem dowiadują się, że nie dostali wizy. To jest chore.

Ile ostatecznie osób zaprosiłaś na wystawę do Łodzi?
- 15. W lutym miałam zamkniętą listę projektantów. I pojechałam w kolejną podróż, żeby ich wszystkich bliżej poznać. Chciałam się spotkać, pogadać, zobaczyć, w jakim kontekście tworzą. Przejechałam 7 tys. km w dwa tygodnie. Nocą jechałam, rano wysiadałam z pociągu, szukałam jakiegoś prysznica albo basenu i ruszałam z projektantami na miasto, do ich domów, pracowni.

Teraz już się nie dziwię, dlaczego jako główny motyw aranżacji wystawy wybrałaś drogę.
- Na podłodze łódzkiej hali wymalowana zostanie dwupasmowa jezdnia i na niej staną prace Ukraińców. Obok inne - czeskie, węgierskie, słoweńskie. Droga biegnie dalej. Chciałam w ten sposób pokazać, że nie ma już granic, że jesteśmy w Europie i nie ma żadnych wiz, szlabanów, ograniczeń. W sztuce i projektowaniu na pewno.

Poznałaś bliżej projektantów. Jak żyją i pracują?
- Weźmy grupę z Charkowa. Każdy pokazał mi swoje miasto trochę inaczej. Część prowadziła mnie szlakiem konstruktywizmu, inni - na drugi co do wielkości plac w Europie, którym się szczycą, choć pośrodku wciąż stoi pomnik Lenina.
Byłam też na Krymie - to najbardziej egzotyczne miejsce, gdzie mieszają się wpływy, języki, a dziewczyny są niezwykłej urody. Odwiedziłam tam dwójkę projektantów, znanych i utytułowanych, którzy współpracują z zagranicą. Para z Mukomelov Studio z premedytacją tam siedzi - w mieście, w którym się wychowali, a ze światem kontaktują się mailowo. Każdy szuka innego sposobu.

Gdzie jeszcze byłaś?
- Na przykład w Dniepropietrowsku. I to było duże zaskoczenie - jakbym znalazła się na Manhattanie. Szklane domy, markowe butiki, najdroższe samochody, krzyczące neony, wylizane ulice. Wszystko tam jest gigantyczne. To mocno biznesowe miasto, w którym poziom życia jest dużo wyższy. Jedna z pracowni - Decorkuznetsov - ma tam swój showroom. Chcą pokazać, że skoro państwo nie jest zainteresowane, żeby im pomóc, to oni sobie sami świetnie poradzą.

Jacy są ci młodzi projektanci?
- Bardzo świadomi swojej przynależności do Europy, ale też niesamowicie skromni. Nie mogli uwierzyć, że zostali zaproszeni na Łódź Design Festival, że ktoś się nimi zainteresował.

Wyszła ci pokoleniowa wystawa. Celowo?
- Trochę celowo, trochę niechcący. Najbardziej w całej historii ukraińskiej literatury (bo tym się dotąd zajmowałam) interesowało mnie zawsze tzw. pokolenie posttransformacyjne. Swoją pracę magisterską pisałam właśnie o ostatnich 20 latach na Ukrainie, widzianych oczyma kobiet-pisarek. Jak kobiety, które są wykształcone, wyjeżdżają za granicę, prowadzą zajęcia na tamtejszych uczelniach, piszą o swoim kraju. Od Oksany Zabużko po te najmłodsze, np. córkę Jurija Andruchowycza Sofijkę, autorkę głośnej „Siomgi”.
To pokolenie lat 80. historię Związku Radzieckiego zna od rodziców. Młodzi siedzą w Internecie, wiedzą, co się na świecie dzieje, tymczasem muszą iść do urzędu i poprosić panią, żeby wypisała im papierek, żeby na dwa tygodnie mogli przekroczyć granicę.

Wkurza ich to? Jest w nich bunt?
- Jest. Natalka Śniadanko, zaproszona na spotkanie autorskie, musi wyczekiwać w kolejce na mrozie, wypraszać wizę, mimo, że ma zaproszenie. I raz ją dostanie, a raz nie. Teraz niby jest trochę łatwiej, bo od 1 września wprowadzono rejestrację przez Internet, więc człowiek już nie stoi w kolejce 20 godzin, żeby złożyć papiery, a potem kolejne 20, żeby je odebrać albo usłyszeć odmowę.

Czy można mówić o jakiejkolwiek specyfice ukraińskiego wzornictwa? Jakie ono jest?
- Coś takiego jak ukraiński styl we współczesnym wzornictwie nie istnieje. Projektanci nawiązują do tradycji, korzystają z lokalnych materiałów, ale nie epatują ludowością. Jest w tym sporo postmodernistycznej zabawy konwencjami, humoru, karnawalizacja, groteska. Projektują meble praktyczne, ale które mają w sobie też element fantazji. Tutaj bym szukała tej ukraińskości.
W tym się właśnie kryje specyfika tego pokolenia. Zawsze mnie fascynuje, że ludzie w wieku 20, 30 lat, gdy spotykają się w knajpie, na piwie, śpiewają ukraińskie pieśni, których nauczyły ich babcie. To jest taki patriotyzm, z którym nie spotkałam się nigdzie indziej. Oni są dumni ze swojego narodu, przynależności do ziemi.

Przed tobą teraz najważniejsze wyzwanie. Przewiezienie artystów i prac.
- Budzę się czasem z nerwów w środku nocy. Myślę o tym, że wsiadam do ciężarówki w Kijowie i że może tydzień spędzę w kabinie z kierowcą, z całą paką mebli za plecami. Nie wiem, co się będzie działo na granicy.
Niezłe wyzwanie jak dla jednego człowieka, kobiety. Zmieniasz skórę w zależności od tego, z kim masz do czynienia. Spotykasz się z projektantami - jesteś ich kumplem. Ale musisz też od nich czegoś wymagać, wtedy jesteś złą panią nauczycielką.
Idziesz do urzędu. Siedzi facet - jesteś w jego oczach dziewczątkiem, któremu trzeba pomóc. Siedzi baba, radziecka biurwa - jesteś złą suką, bo przeszkodziłaś jej w ploteczkach z koleżanką.

Wszyscy projektanci chcą przyjechać do Łodzi?
- Tak, ale musiałam też dosłać w ostatniej chwili potwierdzenie, gdzie tu będą spali. A wiadomo, że jak już udaje im się wyrwać, to jadą dalej w Europę. Trochę jak psy zerwane ze smyczy. Mają już co do dnia wszystko zaplanowane. Z Łodzi wybierają się do Eindhoven na Dutch Design Week, potem do Londynu. Mają dość oglądania projektów swoich ukochanych designerów wyłącznie w Internecie. Chcą je zobaczyć na żywo. Spotkać się, porozmawiać, posłuchać wykładu, nawiązać kontakty.

Całe te przygotowania do wystawy to jest gotowy materiał na książkę.
- Książka będzie. Znalazłam ukraińską projektantkę Oksanę Szmygol. Zaciekawiła mnie jej praca dyplomowa „Cztery miasta”. Tak jakbym oglądała coś swojego, moje zapiski z drogi. Miks dynamicznej grafiki, typografii plus jej zdjęcia. Zgodziła się zrobić katalog wystawy i w ten sposób nawiązałam kolejną, strasznie fajną znajomość. Do tego stopnia, że jak byłam w Charkowie i nie miałam gdzie spać, to spałam u jej cioci.
Do katalogu kupiłyśmy ukraińskie fonty od tamtejszych projektantów, a cały katalog będzie oczywiście oparty na motywie drogi.

Masz poczucie misji?
- Mój pierwszy tekst kuratorski do tej wystawy był bardzo ostry i buntowniczy. Napisałam, że Europa Zachodnia, zajęta swoimi sprawami, w ogóle nie zwraca uwagi na Ukrainę. Brat, który jest zawsze pierwszym recenzentem tego, co robię, przeczytał go i powiedział: nie, tak nie może być! Przecież ty masz pokazać potencjał tych ludzi, możliwości dalszej współpracy. Napisałam więc kompletnie inaczej. Opisałam tę drogę, sztukę bez ograniczeń geograficznych, historycznych, całej tej martyrologii.
Z jednej strony wszystkich przeraża to, co dzieje się na Ukrainie, jeśli chodzi o politykę, pisanie historii na nowo, zmienianie podręczników. To jest szokujące, że dzieci teraz muszą pisać wierszyki gloryfikujące armię radziecką!
Z drugiej strony ci młodzi są przekonani, że nie ma już tak wielkiego zagrożenia powrotu do tego, co było. To zbyt młoda historia, żeby dała się przewartościować i oszukać. To, co wydarzyło się podczas Pomarańczowej Rewolucji 20 lat temu, zmieniło mentalnie Europę. Przypomniało jej, że jest taka Ukraina, że jest Białoruś.

Wystawę zatytułowałaś „… i obudziłem się w Europie”.
- To pokolenie, które pokazuję, cały dorobek Europy Zachodniej ostatnich kilkudziesięciu lat odrobiło w ciągu lat dziesięciu. Przez Internet, nawiązywanie kontaktów, przez literaturę, sztukę. To nie jest tak, że Europa Zachodnia ma zaprosić Ukrainę do siebie. Bo ona cały czas w tej Europie była. Ukraińcy czują się europejczykami. Ważne, żebyśmy to my przypomnieli sobie, jak naprawdę wygląda mapa Europy.


proj. Andrey Bondarenko

* Wystawę „… i obudziłem się w Europie” w ramach Łódź Design Festival można oglądać do 30 października; www.lodzdesign.com 

10:28, kovalesku
Link Komentarze (1) »
sobota, 15 października 2011
 

Myślałam, że w taki mroźny (dla mnie to już zima, nie wiem, jak ja to przetrzymam) i pochmurny dzień to się nie uda. Ale ludzie są na szczęście pokręceni i naprawdę dziś na placu zabaw reFUN na Bródnie się działo. Sporo przyszło rodziców z maluchami, które rzuciły się do malowania patyków i kamieni, robienia graffiti z błota i turlania w kulach z opon. Przyszli też młodzi, zainteresowani recyklingowym designem (bo wszystko jest tu zrobione z odpadów). Nawet rajd rowerowy się zatrzymał, żeby pozwiedzać. Dyrektor MPO, które wsparło ten projekt, wspominał, jak bawił się na podwórku, udając, że patyk to karabin i o ile to było fajniejsze od gotowych, plastikowych zabawek. I w ogóle wszyscy dziś zatęskniliśmy za dzieciństwem na podwórku, gdzie wyścigi z górki, zakopywanie w ziemi sekretów czy gra w kapsle to była prawdziwa radocha! Na tym placu zabaw (który nie można nazywać placem zabaw, tylko instalacją artystyczną, bo zaraz ktoś się przyczepi, że zbieganie z góry ziemi jest dla dzieci niebezpieczne) można poczuć ten klimat prawdziwego podwórka, na którym czekają na nas przygody. I które znacznie bardziej niż uładzony plac zabaw rozwija wyobraźnię.

 
 
 
 
 
 
 
 
 

* Instalacja reFUN to element projektu REBLOK dzielnicy Targówek, którego pomysłodawczynią jest Hanna Nowak-Radziejowska. Koordynatorzy: Anna Ławrynowicz i Marcin Brzóska; projektanci instalacji: holenderska grupa REFUNC, Gabriela Kowalska, Magda Major, Katarzyna i Karol Przestrzelscy, Axel Void z Berlina, 60 Bag, PGR_ART. Lokalizacja: obok ratusza Dzielnicy Targówek (skrzyżowanie ul. Kondratowicza i ul. św. Wincentego), dojazd autobusem 500 ze stacji metra Dworzec Gdański.


16:22, kovalesku
Link Dodaj komentarz »
piątek, 14 października 2011
fot. Bartosz Stawiarski/MSN

Marcel Andino Velez, wicedyrektor Muzeum Sztuki Nowoczesnej (na zdjęciu z czwartkowego wykładu Helmuta Jahna po prawej), pisze:

Agnieszko,
bardzo dziękujemy, że podjęłaś temat placu Defilad. Spotkanie z Helmutem Jahnem i przedstawienie przez niego doświadczeń z zabudową placu Poczdamskiego miało być zachętą do dyskusji nad tym, jakiego centrum Warszawy chcemy. Bo, jak tłumaczyłem to niedawno w TOK FM, w audycji Kamila Dąbrowy, WARSZAWA W BUDOWIE i jej tegoroczne hasło Powrót do miasta” mają skłonić nas wszystkich do postawienia właśnie tego pytania - jaka Warszawa?
Że jest w budowie, to widzimy. Oczywiście, Muzeum marzy o tym, by budował się nasz gmach. Wyobrażamy sobie, że będzie to - ze wszystkich wzorów muzeów sztuki współczesnej na świecie - bardziej Tate Modern, niż Bilbao. Czyli nowe serce miasta dla setek tysięcy ludzi rocznie, mocno związane z życiem artystycznym, nie zaś pusta atrakcja turystyczna. Na pewno nie będzie to kameralne, kieszonkowe muzeum. Misją Muzeum jest dawanie narzędzi do rozumienia współczesnego świata ogromnej liczbie ludzi - by mogli sobie dawać radę w coraz bardziej skomplikowanej rzeczywistości, zamiast uciekać w zmitologizowaną historię, jak to wciąż znaczna część Polaków ma w zwyczaju.  
 
To, że owo nowe centrum Warszawy zacznie odrastać poczynając od publicznego muzeum sztuki, to w ogóle jest tak nieprawdopodobne wydarzenie, że sam czasem nie mogę w to uwierzyć. Cudzoziemcy, kojarzący Polskę z zacofaniem, wpadają w zachwyt, że nasza stolica będzie miała coś takiego w samym środku. To przełamuje najgorszy stereotyp na nasz temat. Ale oczywiste jest, że wokół Muzeum powstanie też cała nowa dzielnica. Pewnie zajmie to długie lata. W dniach, kiedy ekscytujemy się okupowaniem Wall Street i perspektywą redefinicji całego systemu, w którym żyjemy, wizje zapisane w przyjętym zaledwie rok temu planie zagospodarowania otoczenia Pałacu wydają się już zupełnie nierzeczywiste. Nas też cieszy fakt, że perspektywa budowy wieżowca Lilium Zahy Hadid, który rozbijałby dobre założenie warszawskich Twin Towers” rozpływa się w kryzysowej mgle.

Tak czy siak, coś wokół Pałacu wyrośnie, Muzeum jako samotny wieloryb w tym miejscu wcale nie przywróci Warszawie centrum. Wizualizacje, pokazujące w otoczeniu Pałacu zespoły
gigantycznych obiektów o zróżnicowanych funkcjach, pokazane rok temu wraz z planem zagospodarowania, nie wzbudziły nadmiernej dyskusji. A to są, w założeniach, ciągi budowli rodem z placu Poczdamskiego. Czy w ogóle da się dziś, używając typologii współczesnej architektury i urbanistyki, stworzyć taki kawał nowego miasta? Sony Center - nie będąc klasycznym centrum handlowym, ani klasycznym zespołem biurowców, ani zespołem mieszkalnym, był próbą wynalezienia nowego typu przestrzeni miejskiej. Próbą w duchu lat 90., triumfującego turbo kapitalizmu. Helmut Jahn opowiadał o próbie mieszania przestrzeni prywatnej i publicznej, o usunięciu podziału na wnętrze i zewnętrze. Powstała hybryda, lepsza o niebo od londyńskich Doków, ale - z naszej, krytycznej perspektywy - to wciąż tylko świątynia komercji. Oczywiście, o niebo lepsza także od Złotych Tarasów.

Ale krytykując plac Poczdamski, musimy też wiedzieć, jakie są alternatywy. Odbudowa XIX-wiecznych kamienic, żeby był swojsko, przedwojennie? Najlepiej, żeby to były od razu lekko zdekapitalizowane kamienice, tworzące klimat Kreuzbergu, ewentualnie Pragi? Nie da się. Ja osobiście zdaję sobie sprawę, że może w ogóle nie da się zbudować dziś wielofunkcyjnej dzielnicy centralnej w oparciu o znane nam rozwiązania, która dałaby się lubić tak, jak daje się polubić podwórko na Inżynierskiej. Dlatego chcemy - przy użyciu
między innymi WARSZAWY W BUDOWIE - badać, w jakie miasto Warszawa może się
zmieniać. I, co szalenie dla nas, publicznej instytucji, ważne - w zróżnicowanej metropolii nie wszyscy mają takie same interesy i takie same potrzeby. Pytanie, zadane Helmutowi Jahnowi, czy chce, by Warszawa zamieniła się w anonimową metropolię ze zglobalizowaną architekturą, taką jak Frankfurt nad Menem, jest o tyle niedorzeczne, że dziś wielkie globalne
metropolie i tak się do siebie na potęgę upodobniają, podobnie jak upodabnia się styl kosmopolityczny tryb życia w nich. I zdaje się, że dla dużej części ich mieszkańców jest to źródłem satysfakcji. Picie kawy i jedzenie brownie w bezpretensjonalnych knajpkach z meblami z lat 70. upodabnia nas jako żywo do Berlina. I co? Przecież duża część środowiska warszawskich aktywistów i ludzi kultury o niczym innym nie marzy, tylko o tym, by tu było jak w Berlinie”. Więc może na pytanie jaką Warszawę chcemy sobie zbudować”, odpowiedzmy jednoznacznie - jak Berlin”. Tylko że w tym Berlinie, w Sony Center, przewalają się tłumy ludzi, którzy je najwyraźniej lubią. Co o nich myśleć? Wykluczyć ich za to, że nie wybrali Kreuzbergu? I czy Berlin, widziany z okien pociągu, nie jest krainą zglobalizowanej architektury?

Jakie miasto mamy sobie budować w Warszawie, jeśli chcemy, by było inne niż globalne metropolie? Z drewna, kryte słomą? Mi się akurat wydaje, że na przykład modernistyczny wieżowiec Helmuta Jahna, powstający na placu Grzybowskim, będący oczywiście oazą dla bogatych, jest kawałkiem przyzwoitej architektury. I jego lokalizacja trzyma się z grubsza koncepcji jeszcze z lat 70. Zachodniego Rejonu Centrum, przygotowanej przez zespół
urbanistów i architektów kierowany przez Jerzego Skrzypczaka. Co do tej koncepcji panuje od lat zgoda, że była słuszna, choć zrealizowano ją niekonsekwentnie. Można nie lubić wieżowców, ale one już tu są. Ważne, żeby nie powstawały byle gdzie, jak się inwestorowi zachce, tylko by z racjonalnych i będących przedmiotem społecznego konsensusu planów
zagospodarowania wynikało, gdzie można się ich spodziewać.
Rozpisałem się. Zamiast pisać, wolałbym toczyć debatę. Bardzo do niej zachęcam.”

16:41, kovalesku
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 13 października 2011
fot. Rafał Siderski/MSN

Dziś na wykładzie Helmuta Jahna w SGH w ramach Warszawy w Budowie pomyślałam sobie: jak to dobrze, że możemy się zatrzymać i jeszcze przez chwilę zastanowić nad naszym ścisłym centrum, zanim zostanie zabudowane (aktualny plan zagospodarowania wygląda tak). Zanim wpuścimy tu te gwiazdy, które nie mają żadnych hamulców. To przerażające, bo na lata nieodwracalne. Takie miałam wrażenie, gdy w Madrycie patrzyłam na nowe budynki centrum sztuki Reina Sofia, projektu Jeana Nouvela. Z 2005 r., a już tak się ta architektura zestarzała.

Jahn zachęca do odwagi. - Najlepsze, co miasto może zrobić, to budować. Wykorzystywać każdy skrawek ziemi jaki ma, żeby przyciągnąć ludzi do centrum. Spójrzcie na Chicago! - zachwycał się architekt. I pokazywał jedna po drugiej swoje realizacje: we wspomnianym Chicago, Nowym Jorku, Vegas, Filadelfii, niemieckich metropoliach. I wreszcie Sony Center i cały Potsdamer Platz w Berlinie, jako jedną z dróg wypełniania nowymi znaczeniami takich dziur w mieście, jak nasz plac Defilad. Co prawda Jahn mówił tak cicho i był tak wsobny, że aż trudno było uwierzyć, że zdołał w swoim krótkim życiu zmienić krajobraz aż tylu miast, dając im budynki-ikony. A jednak.

Najśmieszniejsze i bardzo znamienne było to, że gdy zaczął mówić o placu Defilad, nie mógł sobie przypomnieć, jak nazywa się ten socrealistyczny budynek, który na nim stoi. Pałac Kultury? A, no właśnie! My uważamy go za naszą perłę, rozpoznawalny symbol, za Bóg wie co. A taki gwiazdor mówi - budujcie wokół Pałacu, jak najwyżej, budynki o różnym przeznaczeniu, nie bójcie się z nim konkurować. Odważcie się robić to, czego nikt dotąd nie zrobił!
Czy powinniśmy iść tą drogą, jak mówi Jahn: zmiany miasta, transformacji centrum, śmiałej interwencji („to się może dziś nie podobać, ale w końcu Empire State Building też był krytykowany, gdy powstawał”)? - To, że powinniśmy zagospodarować plac Defilad, nie mamy wątpliwości - mówił dziś w imieniu MSN wicedyrektor Marcel Andino-Velez. - Na pewno powstaną tu inne budynki, poza gmachem Muzeum. To czas, żeby zastanowić się, jak tę pustkę wypełnić. Bo Warszawa nie może rozlewać się w nieskończoność. Dlatego podczas tej edycji festiwalu tak wyraźnie postulujemy powrót do miasta, powrót do centrum.


Mój kolega z roku Paweł Freus zakończył dzisiejsze spotkanie śmiałym głosem z widowni. Wykrzyczał niemal naszemu gościowi w twarz: - Panie Jahn, jak będą wyglądały nasze miasta, gdy będziemy budować tak, jak pan proponuje?! Czy centrum Warszawy niczym nie będzie się różnić od centrum Monachium czy Rotterdamu? Czy chcemy mieć tu efektowne, śmiałe rozwiązania, czy raczej przyjemne miejsce do życia?!

Helmut Jahn zaprojektował 160-metrowy wieżowiec
Twarda Tower, który właśnie budowany jest przy pl. Grzybowskim
21:17, kovalesku
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 10 października 2011
 

Norbert Redkie i Bartek Kraciuk zabrali mnie dzisiaj na spacer. - Jak mamy coś do obgadania, wychodzimy z Powiśla i tak sobie idziemy przed siebie. Podczas jednego z takich spacerów wypatrzyliśmy ten budynek. Trochę nam zajęło jego wynajęcie, prawie dwa lata, ale wreszcie się udało - wspomina Norbert.

Wzięłam więc dziś kawę na wynos w Warszawie Powiśle i ruszyliśmy. Kawałek Skarpą, parkiem Rydza-Śmigłego, do tych spektakularnych, monumentalnych schodów poniżej Muzeum Ziemi. Jeszcze kawałek w lewo, w kierunku Pomnika Sapera i już byliśmy na miejscu. Nie mogłam uwierzyć, że są jeszcze w Warszawie takie nieodkryte skarby. Ja dziś zobaczyłam tę kawiarnianą dobudówkę do akademika z 1975 r. po raz pierwszy. Piękna, nowoczesna forma, dwa poziomy, dwa tarasy, duże okna, kolorowe mozaiki - cacko! (nie zdradzam Wam dokładnego adresu, bo przyjemność polega na tym, żeby samemu to odkryć).

Norbert, Bartek i ich wspólnik Hubert Karsz wynajęli ten pawilon zaledwie na dwa lata, ale im to nie przeszkadza. Nie martwią się tym co będzie potem, cieszą się tym co jest teraz. Remont idzie pełną parą. Robotnicy już zdemontowali kraty na tarasie, odczyścili też mozaiki. Wnętrze, w dużej mierze zepsute zmianami z lat 90., jeszcze jest nietknięte.
Otwarcie gospodarze planują w grudniu, świątecznym śledzikiem i hucznym Sylwestrem. Lokal najprawdopodobniej będzie się nazywał Syreni Śpiew (zwrócony jest frontem do Wisły), a wstęp mają tu mieć wyłącznie goście w wieku 21+. - Dla młodszych jest Warszawa Powiśle. A my się starzejemy, chcemy w spokoju, bez głośnej muzyki pogadać, wypić dobrego drinka - mówi Bartek.

W sumie na tych 500 metrach będą aż trzy bary - trzy osobne przestrzenie. Wchodzić będziemy od strony parku, przez taras, do sali na parterze z dłuugim barem. Tu spożycie alkoholu i przekąsek odbywać się będzie na stojąco. Stoliki i kanapy staną w dwóch pomieszczeniach na górze. Tam też zostanie zbudowana mała scena, na której codziennie grać będą muzycy, studenci Akademii Muzycznej - na pewno spokojnie, bez łomotu, również do tańca.

Wnętrza projektują Marta Puchalska i Ewelina Moszczyńska, w stylu - jak go określają gospodarze - ciepłego minimalizmu. Wiele z oryginalnych elementów wystroju na pewno pozostawią - charakterystyczne dekorowane kamieniem ściany, odkrywane właśnie spod warstw różowego gipskartonu; drewniane, ciemnobrązowe okładziny; balustrady schodów czy kasetonowe sufity z ciekawym oświetleniem.

Choć miejsca jest tu pod dostatkiem, to wiosną i latem zapewne życie towarzyskie będzie się tu toczyć również w sąsiednim parku, przy fontannach. Jest jeszcze do zagospodarowania taras na dachu, z widokiem na korony drzew. No i powiedzcie sami, czy Kraciuk i Redkie to nie są w czepku urodzeni? Super, że wciąż nas czymś zaskakują. I że wierni są Powiślu.

 
 
 
 
 
18:07, kovalesku
Link Komentarze (43) »

Komisja w poprawczaku na Grochowie, a w tramwajach leci tu Peja z komórek. Ech, moje podwórko! Wybory to też sentymentalny (dla jednych bardziej, dla innych mniej) powrót na stare śmieci. 

 

Dziś w ogóle miałam dzień dedykowany Prawemu Brzegowi. Przed głosowaniem spotkałam się z Maćkiem Pisukiem na jego wystawie w CSW. Nie znałam wcześniej człowieka, ale zobaczyłam jego zdjęcia z Brzeskiej, przeczytałam towarzyszący im tekst i już wiedziałam, że to nie jest kolejny zwykły fotograficzny projekt o Pradze. Okazał się rzeczywiście nietuzinkowym rozmówcą. Z zawodu jest scenarzystą - właśnie skończyły się zdjęcia do filmu o Paktofonice według jego scenariusza, który wydała już Krytyka Polityczna. 10 lat temu przyjechał z Krakowa do Warszawy, ale rynek pracy w jego branży się załamał. Załamał się i on. Wspomina, że gdy zamieszkał z narzeczoną w kawalerce na 11 Listopada, jego nastrój idealnie zlał się z otoczeniem.

Zmuszał się, żeby w ogóle wstać z łóżka. Olga wyrzucała go na siłę na spacery. Na jeden z nich wziął jej aparat i tak się zaczęło. Mówi o tym doświadczeniu, jak o obopólnej terapii. Ludzie, których poznał na Brzeskiej mieli potrzebę, żeby się wygadać. Cieszyło ich to zainteresowanie z jego strony. On miał motywację, żeby wychodzić z domu. Potem w naturalny sposób zaczął ich dokumentować.
Przyznam, że nie widziałam dotąd portretów, które głębiej wchodzą pod skórę tego miejsca i pokazują nie tylko cienie trudnego życia na Brzeskiej. Publiczność też doskonale wyczuwa ten autentyzm, tę empatię. Dziś starsza pani, pilnująca wystawy w CSW, nie mogła się Maćka nachwalić. Opowiadała, ilu ludzi przyszło i jak pozytywne były ich reakcje. Mówiła to z takim przejęciem i wzruszeniem, jak matka dumna ze swojego syna. To było coś!

Maciek chce wydać książkę z tym materiałem, ma też potrzebę pójścia o krok dalej, zrobienia czegoś więcej dla tej okolicy. I tu się nasze pragnienia spotykają. Może chociaż w doraźnych interwencyjnych tekstach w Gazecie uda się pomóc takim fajnym rodzinom, jak ta 9-letniej Nikoli, której portret opublikowaliśmy w ostatnim numerze Co Jest Grane (to ten poniżej, Nikola na kilka godzin przed Pierwszą Komunią). Jej rodzice mają to nieszczęście, że prywatny właściciel odzyskał kamienicę i podniósł im czynsz w tej ruderze do 900 zł. Nikt tam już nie płaci. Co dalej będzie? Nie wiadomo. To była ważna dla mnie w dniu wyborów rozmowa. Gadaliśmy z Maćkiem ponad dwie godziny, moglibyśmy tak jeszcze kilka. Postaram się zrobić z tego dobrą rozmowę do Gazety. Może ktoś tych ludzi zobaczy, może coś drgnie.

 

A póki co jedna taka myśl Pisuka: - Przeszedłem seminarium z filozofii dramatu u Tischnera. Nie studiowałem tam, ale pół Krakowa chodziło do niego na zajęcia. I Tischner mówił, że spotkanie jest zawsze między osobami, zawsze twarzą w twarz. Że możemy opisać spotkanie, jak u Dostojewskiego, albo opisać świat bez spotkania, jak u Kafki. Natomiast z artystą czy z drugim człowiekiem nie spotkamy się poprzez dzieło sztuki. Zawsze mnie to interesowało, czy można jednak doznanie artystyczne uczynić czymś na tyle istotnym, żeby było tak ważne jak spotkanie. Żeby medium stało się przezroczyste. Wiedziałem, że to jest trochę utopijne, ale chciałem spróbować.
I jak idę do Eli i jestem naprawdę zainteresowany co u niej, wychodzę i uświadamiam sobie, że wypstrykałem tam dwie rolki filmu, to czuję, że tu coś się wydarzyło - wiesz - ważnego. I przeglądam odbitki z nadzieją, że może coś z tego jest w tych zdjęciach.

00:25, kovalesku
Link Dodaj komentarz »
piątek, 07 października 2011
 

Lecą z drzew kasztany, a wciąż jest tak ciepło.
Poza słońcem, ogólnym wyluzowaniem i uciechami, takimi jak jedzenie, picie i wylegiwanie się na trawie w parku, zauważyłam, że Madryt charakteryzuje się też fascynującą zupełnie architekturą. To mój spacer po mieście...

Instytut Cervantesa
Caixa Forum duetu Herzog & de Meuron (powyżej tego budynku
rejon bardzo fajnych galeryjek i klubokawiarni)
Elektrownia z 1899 r. przemieniona przez Szwajcarów w centrum sztuki
Park Buen Retiro jest po prostu boski!
A Palacio de Cristal z 1850 r. olśniewający

Pierwsza wystawa odbyła się tu w 1887 r. i była to ekspozycja
egzotycznych roślin z Filipin

Tuż obok Palacio de Velazquez z tego samego czasu, a w nim - sztuka współczesna

Czy znacie piękniejszy dworzec niż Atocha? No może ten w Antwerpii,
ale tam nie ma takiego cudu wewnątrz

Świetny jest ten pomysł z palmiarnią. Są tam też sadzawki z żółwiami i egzotyczne ptaki
No i wielkie centrum sztuki współczesnej Reina Sofia.
Życzę MSN-owi takich kolejek!
Biblioteka, widoczna z dziedzińca
Tę część centrum dobudowano w 2005 r. według projektu Jeana Nouvela,
po lewej widać jedną z wież 'doklejoną' do elewacji w 1990 r., autorstwa Iana Ritchie
Mieści się tu biblioteka, kawiarnia, audytorium, księgarnia

Na nowym dziedzińcu rzeźba Roya Lichtensteina, wewnątrz m.in. 'Guernica' Picassa

A to klub przyjemny w stylu 5-10-15  przy hal targowej Mercado de la Cebada
W księgarni, szukając inspiracji do naszego przewodnika, znalazłam taki smakowity
i chyba się skuszę, choć jest tylko po hiszpańsku.
Ech, żal będzie wyjeżdżać. Ala Bielawska pokazuje tu swoje prace na wystawie
młodych polskich artystów 'YPA on tour' w galerii w hali Mercado de San Anton
21:18, kovalesku
Link Komentarze (2) »
 

No tak. O ile Florencja wczesną wiosną jest miastem dobrym na żałobę, o tyle Madryt o tej porze roku pozwala rozkwitnąć. Słońce, dobre jedzenie, sangria, piękni chłopcy, a dziewczyny przy kości, jak Kowalska - no ja tu po prostu przynależę!

Pół nocy spędziliśmy w Muzeum Szynki, dosłownie naprzeciwko mojego hoteliku. To sklep z wędliną, pośrodku którego stoi wielki bar, do którego nie można się dopchać, a serwują tu tylko proste tapasy, piwo i wino. No hit po prostu! Dziś spacer aleją straganów, na których bukiniści sprzedają stare książki (ze 30 takich ujednoliconych, estetycznych kramów), na wystawę o Yves Saint Laurencie. I znów orgazm, bo myślałam, że skoro jakaś fundacja organizuje pokaz z darmowym wstępem, to pewnie będzie taki sobie. A tu szok - trzy piętra tak starannej i zapierającej dech w piersiach ekspozycji, że sam projektant by się jej nie powstydził.

Krzesło Renaty Kalarus, nad nim lampa Anny Siedleckiej i Radka Achramowicza (Puff-Buff) 

Rano spotkałam się z Czesławą Frejlich, redaktor naczelną magazynu 2+3D, na wystawie polskiego designu - znacznie mniejszej niż YSL, ale równie ciekawej:) Wernisaż był wczoraj. Miejsce, z tego co zdążyłam się zorientować, doskonałe - Circulo de Bellas Artes, na jednej z głównych i bardziej reprezentacyjnych ulic Madrytu Calle de Alcala. Trwa tu też festiwal filmu polskiego - dziś pokazują 'Różyczkę' i 'Galerianki'.

Wystawę POLifonia przygotowali świetni fachowcy: Czesława Frejlich, Magda Kochanowska i Michał Stefanowski, a o kształt ekspozycji i jej oprawę graficzną zadbały Anna i Magda Piwowar. Zestawione tu mamy w pary przedmioty zaprojektowane w ciągu ostatnich kilku lat przez przedstawicieli starszego i młodszego pokolenia designerów. Naprawdę, jest się czym chwalić. W ramach polskiej prezydencji IAM wydał też album - OUT OF THE ORDINARY - pierwsze chyba takie kompendium źródeł współczesnego polskiego wzornictwa, od Wyspiańskiego do Hofflandu. Widziałam, że wystawiło go tu w witrynach kilka artystycznych księgarni. Warto, żeby ministerstwo dofinansowało dodruk polskiej wersji, tak by ten album nie tylko dostawali oficjele z okazji prezydencji, ale żeby też był dostępny w polskich księgarniach.

Circulo de Bellas Artes, gdzie pokazywana jest POLifonia

Krzesło Agaty Kulik-Pomorskiej i Pawła Pomorskiego (Malafor),
za nim tkanina Agnieszki Czop i Joanny Rusin

Urny na prochy, projektu Bogdana Kosaka
Profesor i uczennice: tkaniny Krystyny Górskiej oraz Agnieszki Czop i Joanny Rusin
Lampa Tomasza Rudkiewicza oraz siedzisko
Agaty Kulik-Pomorskiej i Pawła Pomorskiego (Malafor) 
Ceramiczne obiekty Bogdana Kosaka
Słynne już pieńki duetu Malafor, a na nich album
o polskim wzornictwie, wydany przez IAM
14:30, kovalesku
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 03 października 2011

Polecam Wam bardzo wystawę Kary Walker w Centrum Sztuki Współczesnej. Wykorzystajcie okazję, że artystka jest w Warszawie i wybierzcie się na spotkanie z nią (Sala Kino/Audytorium CSW Zamek Ujazdowski, wtorek, godz. 18). Jest doskonałą mówczynią, mocno zaangażowaną w walkę z rasizmem, dyskryminacją i wykluczeniem społecznym.

Foto: Bartek Bobkowski/Agencja Gazeta

23:17, kovalesku
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 02 października 2011
 

Po wystawie POWRÓT DO MIASTA w Auli Spadochronowej SGH oprowadził nas dziś jej kurator Tomek Fudala. Bardzo to było ciekawe. Polecam Wam szczególnie wywiad z architektem i krytykiem architektury Wolfgangiem Kilem (na ekraniku na parterze), który porównuje politykę mieszkaniową Warszawy i Berlina. Generalnie refleksje z otwarcia festiwalu Warszawa w Budowie mam takie: dziwne, że licznie przybyli politycy z obozu rządzącego chcieli się na tej wystawie fotografować, bo jest jednak bardzo krytyczna wobec polityki obecnych władz. Oraz: gdyby SGH uruchomiła u siebie taką katedrę wiedzy o współczesnym mieście, z zagadnieniami poruszanymi na tej wystawie, to normalnie zrobiłabym drugi fakultet.
Więcej w Gazecie...

Wystawę zaprojektował Piotr Bujas (grafiki - Noviki). Można ją oglądać
i czytać z każdego piętra Auli Spadochronowej. Do końca października
Tymek Jezierski narysował bardzo inspirująco instrukcję,
jak założyć spółdzielnię mieszkaniową. Skąd my to znamy
Makieta mieszkania z osiedla Sady Żoliborskie. Podczas festiwalu działa tam
Klub Sady, który ponownie ma zintegrować mieszkańców we wspólnym działaniu.
Sami zgłosili się z tym pomysłem do MSN
 
Na ostatnim piętrze SGH możemy oglądać wystawę w wystawie o polskich architektach, którzy w ostatnich latach wrócili "z kontraktów" i wykorzystali te doświadczenia projektując w Warszawie, m.in. al. Jana Pawła II
Na tę wieżę można wejść i ogarnąć widok nie tylko na całą
wystawę, ale też na tę niezwykle ciekawą architekturę SGH
Wiceprezydent Jacek Wojciechowicz w tym miejscu wystawy dosłownie
zamarł. Bardzo wymowna mapa. I realny problem Muzeum Sztuki Nowoczesnej
PS. A to przecieki z wystawy Konstantina Grcicia w MSN na Pańskiej 3
(fot. B. Stawiarski). W poniedziałek o 20 wernisaż,
wcześniej - o godz. 18 - jego wykład w Sali Kisielewskiego w PKiN
21:58, kovalesku
Link Dodaj komentarz »
sobota, 01 października 2011

Rada Programowa Warszawy ESK 2016 też pyta o budżet...

15:22, kovalesku
Link Komentarze (7) »
środa, 28 września 2011

Gdzie to się dziś odbyło? Tak, w Klubie Kultury Saska Kępa. Smutne. Inauguracja za zaproszeniami, ksiądz święci, politycy tną tę wstęgę, a mieszkańcy nawet nie wiedzą, że jakiś dom kultury im się w sąsiedztwie otwiera. Publiczność będzie tu mogła wejść w sobotę wieczorem, na otwarcie wystawy rzeźbiarzy z Saskiej Kępy. Niestety nie widziałam ani jednego informującego o tym plakatu, nie ma też strony internetowej. I co gorsza, nie ma jeszcze choćby zrębów programu, jakichkolwiek propozycji dla mieszkańców. No ale dajmy nowemu dyrektorowi szansę, bo budynek przy Brukselskiej 23 jest bardzo fajny, szczególnie ta sala kinowo-widowiskowa na 137 miejsc (a tak brakuje tu kina!) i amfiteatralny taras na dachu. Na parterze wyznaczono też atrakcyjne miejsce na klubokawiarnię.

Dyrektor Robert Jakubik deklaruje, że jest otwarty na propozycje. Tylko, żeby mieszkańcy nie zawiedli. Bo o ile były dyrektor Domu Kultury we Włochach mnie nie zaskakuje, to już postawa lokalsów, którzy jakby się swoim nowym kulturalnym centrum w ogóle przestali interesować - już tak. O przecięciu wstęgi dowiedziałam się wczoraj, z oficjalnego maila - oczywiście z biura prasowego Urzędu Miasta (wszak miała tu dziś być sama pani prezydent), a nie od tutejszych ludzi kultury. No ale może się ogarną. Bo naprawdę warto o to miejsce zawalczyć!

Mój komentarz o Klubie Kultury Saska Kępa w Gazecie...
Foto: Filip Klimaszewski/Agencja Gazeta.

23:16, kovalesku
Link Komentarze (1) »
wtorek, 27 września 2011

- Ten festiwal nie jest sexy? - zapytał mnie dziś Marcel Andino-Velez, wicedyrektor Muzeum Sztuki Nowoczesnej. - A co na to Konstantin Grcic?!
I rzeczywiście, gdy szefowa Gazety Co Jest Grane zobaczyła dziś to zdjęcie, od razu inaczej odniosła się do pomysłu umieszczenia Warszawy w Budowie na okładce najbliższego numeru.

 
23:04, kovalesku
Link Komentarze (1) »
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 39
| < Listopad 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
    1 2 3 4 5
6 7 8 9 10 11 12
13 14 15 16 17 18 19
20 21 22 23 24 25 26
27 28 29 30      
Zakładki:
Agnieszka Kowalska
Co Jest Grane?
Moje rozmowy
Polecam
Zrobiłam to z Kossakiem

Gazeta.pl Warszawa

Gazeta.pl Warszawa

Gazeta.pl Warszawa