Blog > Komentarze do wpisu

Stare dziady

 

W Wysokich Obcasach dziś same stare dziady. Kowalska rozmawia z Paskiem, a Zydel tłumaczy nam meandry myślenia dzisiejszej młodzieży. Polecam.

 

Kazałeś mi założyć polar, czapkę, coś od wiatru i siedzimy na łódce Nieuchwytny. Jest godz. 4 w nocy. Pływasz tak codziennie. Ile godzin snu?
Przemek Pasek: - Dzisiaj cztery. Mam już zaburzenia czasowe. Dzień mi się tak wydłużył, że zdaje mi się, że coś zdarzyło się miesiąc temu, a tak naprawdę było to w zeszłym tygodniu.

Są chętni?
- Jak najbardziej. Ostatnio zaczął padać deszcz. Pytam, czy płyniemy. Ekipa mówi, że nie ma problemu. Zaczynamy się bliżej poznawać i co się okazuje? Że kierownik tej wycieczki pracuje na biegunie południowym i robi to co ja, tylko pływa między górami lodowymi i wieloryby ludziom pokazuje.
 
Ile rejsów masz w ciągu dnia?
- Trzy rodzaje. 2-godzinny „Nadwiślański świt” – do placu budowy mostu Północnego. Potem w ciągu dnia takie krótkie, godzinne, żeby pokazać Wisłę w pigułce - od Czerniakowa do Żoliborza. I o godz. 18 rejs na Wyspy Zawadowskie, do rezerwatu.

Co to jest za miejsce?
- Wilanów, gdzie rzeka się zupełnie zmienia. Bo ta, którą znamy w Warszawie, mimo pozorów swojej dzikości, jest w stu procentach uregulowana. A tam wyrywa się już z jarzma regulacji i robi się rzeką 3, 4 razy szerszą niż w Warszawie. Płynie pomiędzy wielkimi wyspami, ławicami piachu. Nurty są bardzo zawiłe, kręte, zdradzieckie.
Atrakcją są kolonie lęgowe ptaków - mewy, rybitwy. Występuje tu np. rybitwa białoczelna, wpisana do czerwonej księgi ginących gatunków. Przylatuje do nas z RPA składać jajka, bo w niewielu miejscach Europy znajduje tak dogodne stanowiska lęgowe, jak w Warszawie. Wiozłem niedawno francuskich ornitologów, którzy mówili, że w życiu nie widzieli tylu rybitw w jednym miejscu. To gatunek, który jest wskaźnikiem jakości środowiska. To znaczy, że jest bardzo dobrze.

Jest bardzo dobrze?
- Tak, tylko żeby jeszcze turyści, którzy tu docierają zdawali sobie sprawę, że nie należy się zatrzymywać na wyspach, biwakować, palić ogniska, łowić ryb, wypłaszać ptaków, to byłoby fajnie. Mamy coś, co od wielu lat powinno być parkiem narodowym, a nie jest. I jest w granicach miasta. To jest ewenement totalny!

Bywało tak, że mieszkałeś nad rzeką?
- Tak, dwie zimy tu spędziłem z Anią na barce. Z wydrami, czaplami, dzięciołami.

Na jakim metrażu?
- 18 metrów kwadratowych. Masz tu butlę gazową, kaloryfer elektryczny do ogrzewania i myjesz się w misce. No ale ktoś musiał pilnować tego naszego miejsca, łódek, porządku. Na szczęście teraz mieszka tu Jurek Malanowski, z którym pracuję. A ja mogę raz na kilka dni choć trochę czasu spędzić w domu, na Puławskiej.

Wiesz co o tobie mówią na mieście? Że jesteś pieniacz, furiat i choleryk.
- Co ja na to poradzę. Ja jestem prostym chłopakiem, warszawiakiem.

To znaczy, że zadziorny jesteś?
- Walę prosto z mostu. Jeżeli ktoś kłamie, to mówię, że jest kłamcą. Nawet jak to jest wysoki urzędnik. Zwłaszcza, jak spotykam się ze złą wolą i niechęcią do współpracy. Zasada jest znana: łatwo, miło i przyjemnie o Wiśle. Wtedy dostaje się dotacje i można spokojnie pracować. A kiedy się mówi, że są ważne problemy, które trzeba rozwiązać, to wchodzi się w strefę niebezpieczną. A fundacja Ja Wisła oprócz tego, że organizuje rejsy, spacery, pokazy filmów i koncerty, również zabiera głos w ważnych debatach.

Na przykład?
- Trzy lata temu, gmina Wawer, w której mieszka nasza pani prezydent – teren nad Wisłą, obszar Natura 2000, chroniony unijnymi dyrektywami, jako priorytetowe siedlisko dla rzadkich, zagrożonych wyginięciem gatunków. W dodatku obszar zalewowy czyli taki, którego ukształtowania nie można zmieniać ze względów przeciwpowodziowych. I nagle ten teren o powierzchni 30 hektarów skarb państwa wydzierżawia pewnemu przedsiębiorcy z branży elektronicznej, który stopniowo, po cichu, zaczyna tam składować materiały budowlane. Zasypuje gruzem, ziemią z wykopów. Cel jest taki, żeby ten zalewowy obszar w ciągu kilku lat zamienić na bardzo drogie działki budowlane, bo powyżej, na skarpie stoją już jedne z najdroższych rezydencji w Warszawie.
Ciężarówki tam jeżdżą od rana do wieczora. Nikt nie reaguje, nikt tego nie widzi. Składamy zawiadomienie na policję, ale postępowanie prokuratorskie zostaje umorzone.
Spotykam się z panem z firmy budowlanej, która wozi ten gruz, a on mówi, że wie gdzie mieszka moja dziewczyna, moja mama, pokazuje mi zdjęcia z naszych rejsów. I spokojnie tłumaczy, co się może stać, jak się będę dalej tą sprawą interesował. I kiedy już całkiem czuję się jak w filmie „Ojciec chrzestny” mówi mi: „Opuść ten teren cały i zdrowy. Zapomnij o mnie, ja zapomnę o tobie”.

Zapomniałeś?
- Natychmiast. Daleki jestem od spiskowej teorii dziejów, ale przypomniało mi się to 2 lata temu, kiedy zaczynaliśmy pływać krypą po Wiśle i nagle otoczyły nas motorówki policyjne, było spektakularne zatrzymanie, oszczerstwa. Po 3 miesiącach sąd stwierdził, że z naszej strony nie było żadnych uchybień.

I to wtedy miałeś moment załamania? Powiedziałeś kiedyś, że chcesz się wyprowadzić z Warszawy.
- Nie, broń Boże. Pamiętasz, jak się to się ładnie wszystko rozwijało? Kupiłem za złotówkę leżącą na dnie portu i niszczejącą barkę Herbatnik, wyciągnąłem na ląd, zaczęliśmy ją remontować. Do dziś służy nam jako baza, miejsce spotkań, magicznych zupełnie koncertów. Przestali tu przychodzić żule i dealerzy narkotyków. Przywróciliśmy tę przestrzeń miastu. W 2008-9 r. nastąpiło apogeum naszych działań nad Wisłą. Dotacja z biura kultury wzrosła z 5 600 zł do 500 tys. Uwierzyłem że to, co robię jest ważne, że jest doceniane, że może naprawdę zaowocować.

I co się stało?
- Podobną rzecz chcieliśmy zrobić z zabytkowym drewnianym Dworcem Wodnym, który niszczeje w Porcie Praskim. Obiekt z początku XX w., a może nawet starszy, który stał kiedyś pod Zamkiem Królewskim, podpływały do niego statki parowe, była tam poczekalnia, bar, kasa biletowa. Taki drewniany budyneczek - 450 m. kw. powierzchni – coś między świdermajerem a secesją. Przepiękny obiekt!
W latach 70. barka została wycofana z eksploatacji. Niedawno kupił ją pewien Szwed, w ciemno, przez Internet. Nie był zachwycony, gdy zobaczył w jakim jest stanie. Sprzedał ją nam za 80 tys., zaciągnęliśmy kredyt. Dostaliśmy 200 tys. zł. dotacji z ministerstwa kultury, ale remont kosztowałby w sumie ok. 2 mln. zł. Jedyną szansą jest wyjęcie tego obiektu na ląd i powolne remontowanie, na ile pozwalają bieżące środki. To mógłby być doskonały zalążek centrum edukacyjnego, Muzeum Wisły, jakkolwiek to nazwiemy. Ale nie możemy tego zrobić, bo nie mamy gdzie. Dworzec Wodny zgnije i to mnie wkurza!

Jak to nie macie gdzie? Nie możecie remontować go u siebie, w porcie Czerniakowskim?
- Nie, bo nie jesteśmy tu u siebie, według miasta zajmujemy ten teren nielegalnie. Od 2007 roku występujemy o dzierżawę tych 260 metrów przy pochylni w porcie Czerniakowskim. Chcemy zalegalizować swój pobyt. Jesteśmy jedynym podmiotem zainteresowanym tą dzierżawą. W zeszłym roku znów dostaliśmy odmowę, ale dodatkowo została nam naliczona ponad 20-tysięczna kara. Dziś wykańcza się ludzi w białych rękawiczkach, doprowadzając do ruiny finansowej.
Zebraliśmy te pieniądze i udało się odroczyć decyzję, bo pani prezydent dostała 500 listów w naszej obronie i to była konkretna presja. Ale w tym roku znów nie dostaliśmy tej dzierżawy, za to propozycję przenosin na inny teren, kompletnie nie nadający się do działań kulturalnych i edukacyjnych. I znów, do 31 sierpnia mamy się wynieść z portu i zabrać sobie barkę Herbatnik do domu.
Nie zamierzam. Uważam, że są wartości, za które warto w tym miejscu polec. Bo to nie jest „działka inwestycyjna numer 1”, jak twierdzi miasto, ale zabytkowy teren portu, na którym żaden biurowiec czy apartamentowiec nigdy nie powinien powstać. Jeśli mieszkańcy mają się przybliżyć do Wisły, to tu powinny być ośrodki wodniackie, sportowe, rekreacyjne, port dla turystów, którzy przepływają przez Warszawę, Muzeum Wisły. To miejsce powinno służyć warszawiakom.

Nie może wam pomóc pełnomocnik pani prezydent do spraw Wisły? Istnieje przecież takie stanowisko w mieście.
- Sam o to przez dwa lata wierciłem dziurę w brzuchu naszym władzom. Że 2-milionowe miasto ma 30 km wielkiej rzeki, jest to obszar wielkości dzielnicy, a nie ma budżetu, ani żadnej jednostki, która by się nim zajmowała. I nie należy de facto do miasta, tylko do skarbu państwa, a miasto nawet tam nie zbiera śmieci. I że coś z tym trzeba zrobić. Pełnomocnik nie okazał się jednak człowiekiem na miarę tego stanowiska. Powiedział mi wprost: „Przemek, usuń się stąd, a damy wam żyć”.

Może ty powinieneś zostać pełnomocnikiem? Myślałeś o tym?
- Proponowano mi to stanowisko. Ale odmówiłem, bo nie mogę być jednocześnie pełnomocnikiem i szefem fundacji Ja Wisła, to są dwa różne światy. Chcę być osobą niezależną, nieskrępowaną w żaden sposób. Doszedłem do wniosku, że wolę wspierać takiego pełnomocnika, niż nim zostać.
Stosunki nam się popsuły, gdy został odrzucony nasz wniosek na realizację ścieżki edukacyjnej nad Wisłą, a potem pan pełnomocnik zaczął ją tworzyć na własną rękę. Zlecił pisanie tekstów na tablice edukacyjne, kiedy my mieliśmy je już gotowe. Wyrzucał pieniądze w błoto. A przecież mogliśmy to zrobić wspólnie, umieszczając na tych tablicach dwie syrenki: miasta i fundacji Ja Wisła. To się nazywa na szkoleniach ładnie „społeczeństwo obywatelskie”.

Edukacja to twoja pasja. Uczysz dzieciaki w szkołach. Mówią o tobie „pan od Wisły”. Wiedziałeś o tym?
- Nie, ale to miłe. Prowadzę też zajęcia na Zamku Królewskim, zatytułowane „Królewska rzeka Wisła”. To ogromna satysfakcja, w tym pokoleniu widzę jakąś nadzieję na zmiany. Ale to nie jest praca dla jednego Przemka Paska, tylko dla całego systemu edukacji, który żeby powstał musi mieć zaplecze np. w formie Muzeum Wisły na tej „działce inwestycyjnej numer 1”, gdzie będzie makieta rzeki od Baraniej Góry do ujścia Wisły, ryby w wielkim akwarium, pięknie wyremontowane wraki różnych jednostek. Bo nie ma sensu nosić do tych podstawówek laptopa ze zdjęciami Wisły. Te dzieciaki powinny tu przyjść, zobaczyć rzekę z bliska, wziąć udział w edukacyjnych warsztatach, zobaczyć łodzie, popływać nimi.
Gdyby była wola miasta, mogłyby tu powstać dzieła na miarę Muzeum Powstania Warszawskiego czy Centrum Nauki „Kopernik”.

A skąd ty się w ogóle wziąłeś nad tą Wisłą?
- Było to tak… Kiedyś znalazłem w domu w szufladzie dwie pieczątki, a na nich imiona i nazwiska moich rodziców i napis: „przewodnik turystyki kajakowej”. Byli zapalonymi turystami, więc od małego mnie i trzech moich braci mama zabierała na pontonowe wycieczki, spływy kajakowe, rajdy piesze po Lesie Kabackim czy Puszczy Kampinoskiej. Dla mnie to była normalna forma spędzania wolnego czasu. Bardzo lubiłem i do dziś lubię mapy, mogę przesiadywać nad nimi dniami, tygodniami, czytam je jak książkę. W podstawówce kolega sprzedał mi wędkę i zacząłem przesiadywać nad różnymi akwenami. Szybko mi się znudziły stawy pod Królikarnią, gdzie mieszkałem i zacząłem jeździć nad rzeki.

Sam? W podstawówce?
- Sam. Od początku byłem bardzo samodzielny. Chciałem zostać ichtiologiem. Ale mama się nie zgodziła, żebym poszedł do technikum ichtiologicznego pod Poznaniem i zdałem do zwykłego liceum. W między czasie skończyłem pracownię żeglarską w Pałacu Młodzieży – zdobyłem tam uprawnienia, pływałem różnymi łódkami, kajakami na długie dystanse, np. Bugiem wzdłuż granicy.
Potem studiowałem w pierwszej prywatnej szkole fotograficznej, pracowałem w reklamie. Założyłem własną firmę, ale przyszedł kryzys. Nie zauważyłem, jak w pewnym momencie stałem się osobą bezrobotną, bez środków do życia. Dopadła mnie depresja, nie wychodziłem z domu, było coraz gorzej, zredukowałem się totalnie.
I tak wróciłem nad rzekę i zacząłem się zajmować starą barką w porcie. Byłem strasznym introwertykiem, nie umiałem za bardzo rozmawiać z ludźmi. A na barkę zaczęli przychodzić warszawiacy, pytać, co to jest, skąd się tu wzięła. Musiałem im to wszystko opowiadać i tak to się zaczęło. Z osoby bezrobotnej w 2003 r. stałem się animatorem barki Herbatnik.
Ale tak naprawdę do dzisiaj jestem osobą bezrobotną, bez ubezpieczenia. Gdy w ubiegłym roku mój PiT opiewał na 5500 zł, to niemal z głodu nie umarłem.

Ale chyba warto? Chociażby dla tych ponad 500 listów do Hanny Gronkiewicz-Waltz. To nie były podpisy pod petycją, a bardzo osobiste historie. Czytałam na waszej stronie.
- Tak, to było niesamowite. Na przykład: „Mam 84 lata, przeżyłam Powstanie Warszawskie. Pani Prezydent, czy Pani wie, że nasza dzielnica leży nad Wisłą? Ja nie wiedziałam, dopóki nie przepłynęłam się łódką z fundacją Ja Wisła. Polecam Pani ten rejs, bo może się Pani dużo dowiedzieć o rzece, przepływającej przez nasze miasto”.

 
*Przemek Pasek (ur. 1972) - od 2005 r. prowadzi fundację Ja Wisła (www.jawisla.pl), z bazą w Porcie Czerniakowskim w Warszawie. 

sobota, 30 lipca 2011, kovalesku

Polecane wpisy

  • Pięknej Warszawy nam życzę

  • Miasto wielkiego formatu?

    Fot. Bartek Bobkowski/Agencja Gazeta Kawałek po kawałku sprzedajemy nasze miasto. Można już zasłonić banerem dworzec, most, postawić dmuchaną reklamę przy stacj

  • Róbmy swoje

    Spotkałam się z niezwykle dynamicznym młodym człowiekiem z firmy Platige Image. Trochę, żeby poznać kulisy powstawania filmów promocyjnych i ponarzekać na urzęd

Komentarze
Gość: puszkaresku, *.dynamic.gprs.plus.pl
2011/07/30 20:47:47
może kovalla należałoby dopingiem spowodować akcję o kryptonimie "masssa krytyczna na Wiśle"?
-
klezmatics
2011/08/01 14:34:05
na wywiad z Paskiem ostrzyłam sobie zęby odkąd go zapowiadałaś i jest świetny, tylko straszliwie dołujący.
ale za "ubrać czapkę" mam ochotę wywalić całą gazetę w kosmos. no proszę pliz....
-
2011/08/01 22:53:23
o, dzięki, w Gazecie to na szczęście nie poszło:) mów mi takie rzeczy, proszę, bo moja polszczyzna pozostawia jeszcze wiele do życzenia
-
Gość: nikt, *.neoplus.adsl.tpnet.pl
2011/08/02 21:03:29
buhahaha

co za skromność :D
-
2014/01/15 08:56:04
Fajny wywiad, ciekawe jednak jak Pasek wypełnia e-deklaracje PIT, skoro jest uwikłany w tyle inicjatyw i firm naraz. Do tego te dotacje itp...obrotny chłopak :))

Gazeta.pl Warszawa

Gazeta.pl Warszawa

Gazeta.pl Warszawa