Blog > Komentarze do wpisu

Lekcja Malki

Dopiero co poznałam Malkę Kafkę, gospodynię kafejki Tel-Alviv na ul. Poznańskiej 11, a już zdążyłam się w niej zakochać. Piękna, mądra, serdeczna, rozrywkowa, perfekcyjna pani domu - czego chcieć więcej!?:) Dziś, w ten leniwy dzień opowiedziała mi swoją historię (choć miasto opustoszało zupełnie, w Tel-Avivie jak zwykle pełno było ludzi). To cenna lekcja. Może i Wam otworzy oczy. Oto fragmenty tej rozmowy:


Pierwsze 20 lat życia - Gdynia: - Widok na morze, który powoduje, że nie widzi się ograniczeń - mówi Malka. Studiuje ekonomię, po dwóch latach przerywa studia i jedzie z przyjaciółką autostopem do Francji. Zostaje tam kilka miesięcy. Wraca. Umiera dziadek i zostawia mieszkanie w Poznaniu. Malka postanawia się tam przenieść. - Nigdy nie czułam się przywiązana do jednego miasta, miejsca, cały czas jeździłam, w sumie przeprowadzałam się już chyba ze 30 razy. Pakuję książki, biorę skrzynkę z narzędziami i w jeden dzień mogę się przenieść.

Zaczyna studia na wymarzonym wydziale psychologii, wsiąka w środowisko artystycznej bohemy. Poznaje swojego pierwszego męża - profesora rzeźby na ASP w Poznaniu. Uznanego rzeźbiarza. - No i teraz się modlę: Boże, artystów to ty trzymaj ode mnie z daleka! - śmieje się. - Już wiem, że nie chciałabym się związać nigdy ani z artystą, ani z marynarzem (mój tata jest marynarzem i wiem, co to znaczy).

Przez 6 lat Malka mieszka w Poznaniu, tam rodzi się jej syn. - Studiowałam, byłam przykładną żoną i matką. Na piątym roku studiów nie wytrzymałam. Mój mąż - artysta - raz widział we mnie anioła i swoją muzę, a jeszcze tego samego dnia mogłam stać się szatanem, diabłem, sprawczynią wszystkich nieszczęść. To była huśtawka nie do wytrzymania. Ale bałam się samodzielności. Niby od 19 roku życia mieszkałam sama, ale dostawałam od rodziców pieniądze. Potem mąż zapewnił mi wygodne życie, mieszkaliśmy w pięknym domu w Puszczykowie (to taki poznański Konstancin), mieliśmy dwa samochody, rachunki były popłacone, wszystko zorganizowane. Bałam się, że nie będę mogła sobie kupić nowych butów, bo nie starczy mi pieniędzy. Pamiętam to jak dziś. Poszłam do mojej terapeutki i mówię: „Bardzo cię proszę, pomóż mi tylko w jednym - po prostu odejść”. Pracowałyśmy też nad tym, żebym umiała określić siebie - kim jestem, jakie są moje pragnienia. Nie jaką rolę odgrywam, jaką maskę zakładam, że raz jestem cudowną żoną, panią domu, kiedy indziej dzieckiem, które spełnia oczekiwania swoich rodziców. I przez rok intensywnej terapii doszłam do tego, że wprost powiedziałam mojemu mężowi, że się rozstajemy. Wtedy zrozumiałam, co to znaczy podejmować decyzje i nie bawić się z tą drugą osobą w podchody, nie zwodzić. I jakie to jest świetne uczucie rozpoznać swoje potrzeby.

Malka zabiera swoje 6-letnie dziecko, książki, skrzynkę z narzędziami i wyprowadza się z domu. Za pieniądze z podziału majątku kupuje w Poznaniu mieszkanie. Na wykończenie go już pieniędzy nie starcza, więc sama kładzie kafelki, panele podłogowe, montuje armaturę. Nabiera takiej energii, że w dwa tygodnie kończy pisać pracę magisterską, broni ją z wyróżnieniem (opracowała własną, docenioną przez profesorów metodę badań kreatywności), dostaje nawet propozycję kontynuowania kariery naukowej w PAN-ie w Warszawie. Przestaje się bać. Zostaje w Poznaniu i podejmuje pracę na prywatnej uczelni. Pracuje tam rok.

W poszukiwaniu bardziej stabilnej pracy jedzie do Warszawy. Syna zostawia jeszcze na pół roku z mamą. Zaczyna od firm doradczych, consultingowych. - Moja koleżanka, doradczyni personalna w Prisewaterhouse Coopers, zrobiła wtedy ze mną wywiad i powiedziała mi: nigdy nie pchaj się do korporacji, nie wytrzymasz tam. Albo będziesz sfrustrowana, albo cię wyleją. Dlatego nie pchałam się do korporacji. Wykończyła mnie agencja reklamowa. Ja szanuję ludzi, a tam tego szacunku nie było. W stosunku do klientów, których pracownicy agencji uważali za idiotów, nie traktowali poważnie, proponowali złe rozwiązania tylko dlatego, żeby się nie narobić, a więcej zarobić. Bardzo źle się z tym czułam, nie mogłam wciskać ludziom tego kitu. I poszłam swoją drogą. Najpierw do NGO-sów, a konkretnie do Związku Gmin Wyznaniowych Żydowskich. Myślałam: tam będzie inaczej, bo tam pracują ideowcy. Pomyliłam się. Po dwóch latach uznałam, że chyba jednak biznes jest lepszy, bo w biznesie jest ktoś kto trzyma władzę i podejmuje decyzje. A tam wszyscy mają swoje zdanie, jest kolektyw i paraliż decyzyjny. Więc dla odmiany zatrudniłam się w wielkiej państwowej instytucji, podjęłam się zadania rebrandingu Muzeum Etnograficznego (wymyśliłam m.in. protest przeciwko zamknięciu muzeum, który zwrócił uwagę na „nowe otwarcie” tej instytucji). Tu z kolei natknęłam się na skamienielinę z przyzwyczajeń i konserwatywnego myślenia.

Po tych wszystkich doświadczeniach doszłam do wniosku, że ja już się do niczego nie nadaję, że nie umiem pracować z ludźmi. Że może to we mnie jest problem. Że nie umiem usiedzieć na dupie dwa lata i po prostu pracować. I rzeczywiście, wiesz co? Nie umiem. Znów poczułam się wypalona, pusta w środku.

W tak zwanym międzyczasie (między agencją reklamową a Gminą) Malka wymodliła sobie obecnego męża, Izraelczyka (Michael jest inżynierem, urodził się i mieszkał w Cezarei, później 15 lat w Szwecji). Historia tego związku, jak mówi Malka, jest odjazdowa. - Przez dwa, trzy lata przechodziłam duchową przemianę. Pracowałam nad swoim rozwojem, żeby stwierdzić co jest w moim życiu ważne. To było jakieś 6 lat temu. I jak już byłam gotowa powiedziałam: „Boże, jestem gotowa, to teraz mi już zsyłaj tylko dobrego żydowskiego męża”. A w Warszawie nie jest o to łatwo. Czy musiał być żydowski? Tak, bo miałam już związki z nie-Żydami i wiedziałam, że to nie działa. Zwłaszcza, gdy pojawia się dziecko, to nagle wraca temat ślubu, chrztu, spędzania świąt. Moja koleżanka umawiała się wtedy na randki przez Internet. Codziennie z kimś innym. Śmiałam się z tego, aż wreszcie postanowiłam spróbować. Odkryłam jaki to jest biznes, ile jest takich serwisów, które kojarzą żydowskie pary. Kogo szukałam? Faceta który chce wejść w stały związek, wie czego chce w życiu, jest stabilny, szczery. Wiesz… bez kombinacji i gierek. Swojego przyszłego męża znalazłam na malutkim serwisie Jewish Cafe. W pierwszym liście dokładnie opisał swoje życie - szczerze: kobiety, rozwód, dziecko. Pomyślałam - wariat! Ale w sumie o to mi przecież chodziło, o to się modliłam - o taką szczerość, grę w otwarte karty. Po trzech dniach rozmów przez telefon zapytał, czy zostanę jego żoną. Zgodziłam się. A nawet nie wiedziałam za bardzo jak on wygląda, bo takie malutkie zdjęcia były w Internecie. Jesteśmy ze sobą 4 lata. Ślub w Warszawie, chupa w Synagodze Nożyków, jego rodzina przyjechała z Izraela (Żydzi marokańscy), wesele było w namiotach przed synagogą. Fajnie było bardzo. I to on mi powiedział: przestań już pracować dla kogoś, bo tracisz mnóstwo energii, kreatywności, którą mogłabyś zainwestować w coś własnego, w coś dla nas.

Malka, żeby zebrać myśli, zostaje w domu.- Sielanka: gotowanie, wszystko błyszczy, ja jestem szczęśliwa. Przez pierwsze dwa miesiące. Bo ile można gotować codziennie obiady!? Ale nie byłam w stanie nic więcej z siebie wykrzesać. Budziłam się z pustką w głowie i w sercu. Rano: śniadanie, potem telewizja: TVN Style, „Perfekcyjna pani domu”, o godz. 15 orientowałam się, że kurcze, zaraz przyjdą, trzeba jakiś obiad zrobić. Co ja powiem, co robiłam cały dzień. I tak przez pół roku. Wypalenie zawodowe. Dotąd sypałam pomysłami jak z rękawa, a tu zero. Zaczęłam się bać, że już nigdy niczego nie wymyślę. Nie było to łatwe, bo szukałam czegoś, co mi się nie znudzi po dwóch latach. Było tak, jak przed poznaniem mojego męża, przewartościowywałam sobie różne rzeczy, żeby być pewną, że jak wejdę w stały związek to on będzie naprawdę trwały. Powolutku zaczęłam pisać biznesplan, konsultowałam z przyjaciółmi. Przez rok dopracowywałam pomysł tej kawiarni, no i jest! Mało sypiam, ale jestem szczęśliwa.

Resztę historii już znacie: Malka prowadzi swoją koszerną kawiarenkę, podobnie jak miasto w jej nazwie - kosmopolityczną, nowoczesną, kolorową, przyjazną różnym nacjom i orientacjom seksualnym. Smacznie gotuje, promuje zdrową, wegetariańską kuchnię. Wraz z koleżanką pomogła rabinowi uaktualnić i wydłużyć znacznie listę koszernych produktów dostępnych w Warszawie - do 35 stron (zebrała takie listy z Europy, Stanów i Meksyku i okazało się, że wiele z tych produktów można kupić już w Polsce). Sprzedaje najlepsze chałki w Warszawie. Napisała wraz z mamą książkę kucharską „Przysmaki żydowskie”, która mierzy się skutecznie ze stereotypem mdłej kuchni żydowskiej. W sklepie internetowym Fresh24 stworzyła dział produktów koszernych (sami się do niej zgłosili). Chce otworzyć w Tel-Avivie delikatesy z potrawami na wynos, przyprawami, pieczywem, winem izraelskim. Być może poprowadzi telewizyjne show kulinarne. Teraz już nic Malki nie zatrzyma.

* Foto: Bartek Bobkowski

czwartek, 03 czerwca 2010, kovalesku

Polecane wpisy

  • Pięknej Warszawy nam życzę

  • Miasto wielkiego formatu?

    Fot. Bartek Bobkowski/Agencja Gazeta Kawałek po kawałku sprzedajemy nasze miasto. Można już zasłonić banerem dworzec, most, postawić dmuchaną reklamę przy stacj

  • Róbmy swoje

    Spotkałam się z niezwykle dynamicznym młodym człowiekiem z firmy Platige Image. Trochę, żeby poznać kulisy powstawania filmów promocyjnych i ponarzekać na urzęd

Komentarze
Gość: twinka, 94.254.217.*
2010/06/03 22:23:52
niesamowita osobowość!
bardzo się cieszę, że znalazłam tu i teraz jej historię
-
2010/06/04 00:29:22
Początek czy koniec? upiorwmuzeum.blox.pl
-
Gość: a, *.neoplus.adsl.tpnet.pl
2010/06/04 13:04:44
ja jestem na etapie domu. mam studia zaoczne, ktore nie sprawiaja mi przyjemnosci. praca korporacyjna mnie wypala, chamstwo i brak wolnosci. coz robic dalej, nikt mi nie pomoze, wiem. trzeba szukac tego szczescia w sobie.
-
2014/03/28 15:47:54
Witam serdecznie wszystkich, zapytanie co nieco nie w temacie mimo to może zlecicie sprawdzoną firmę sprzątającą spomiędzy Wrocławia?Ja jak na przykład narazie znalazłem jedynie firma sprzątająca wrocław

Gazeta.pl Warszawa

Gazeta.pl Warszawa

Gazeta.pl Warszawa